Polak, katolik, alkoholik

Tymi słowami przed laty opisywał siebie Władysław Broniewski, ulubieniec władzy ludowej i jej, jak sądzę, piewca. W przeciwieństwie do kato-narodowych pajaców, nie oceniam go przez ten pryzmat – a wręcz odwrotnie, uważam że tymi trzema słowami dał nam wspaniałe pole do diagnozy nas samych jako narodu – z wieloma wspaniałymi kartami w historii, ale i kreującego rzesze ludzi obłudnych, zazdrosnych i pieniackich.

Moja myśl dojrzewała dość szybko. Pomyślałem sobie wczoraj, jadąc do Krakowa, jaki ten kraj jest koszmarnie brzydki – i nie chodzi już o krajobrazy, widoki i inne landszafciki, a o kompletny brak estetyki choćby w prostej harmonii czy względnym porządku. Przypomina mi się od razu Polska Kronika Filmowa, traktująca o polskiej estetyce codziennej, na której credo składa się wyrażenie „byle do zimy, śnieg wszystko przykryje”. Nie, w Polsce jeden sąsiad musi wywalić większy dom od drugiego – nie dlatego, że mieszka tyle osób, że dom jest przewidziany na dwie, trzy rodziny (co jest – przy koszmarnych cenach gruntów – zrozumiałe), ale tylko po to, żeby było więcej, szerzej, wyżej! A że dom stoi bez elewacji, to już nieważne.

A już najbardziej podoba mi się polska estetyka wiejsko-okazjonalna. Uwielbiam oglądać wszelkiej maści procesje, wesela i inne ludowo-religijne obrzędy. Dawniej (i szczątkowo do dziś) były jakieś ludowe stroje, które tworzyły fajny obrazek i stanowiły o folklorze. Nie wszędzie, ale jednak. Dziś nie, każdy musi się ubrać w niewygodny garnitur, oczywiście zapiąć go na wszystkie guziki. I idą te tabuny po tej drodze gruntowej, kurząc swoje „odświętne” stroje, że już nikt nie wie, czy to jeszcze buty, czy to kamienie. No, znam i takiego, który potrafi do garnituru ubrać buty godne górskiej wspinaczki (pozdro!). Albo stoją obok rozklekotanych budynków, które kompletnie nie współgrają z ich strojem – zresztą, chyba z niczym. Ale tak „trzeba”, bo tak jest „poważnie”. Swoją droga, polecam film „Wesele”.

W ogóle, skoro o burackiej estetyce mowa, to bardzo podoba mi się polska moda urzędnicza. Zdarzyło mi się pracować kiedyś w moim pięknym Rzeszowie jako instruktor w miejscu, gdzie między innymi odbywały się imprezy okolicznościowe. Taką właśnie imprezę chciał zamówić urząd miasta i przychodzą jegomoście w garniturach (oczywiście zapiętych na wszystkie guziki) z jakże poważnymi minami, by dokonać transakcji. Ludzie naokoło jeżdżą na rowerach, trike’ach, rolkach, hulajnogach, duża część normalnie ubrana (oczywiście zawsze znajdzie się masa buraków z niewiarygodnie drogim i profesjonalnym sprzętem, o którym nie mają pojęcia, ale fajnie i lansiarsko wygląda), jest trzydzieści stopni w cieniu, a ci w garniturach! Bo „powaga urzędu”! Powagi urzędu dla nich wcale nie narusza to, że wydają bzdurne przepisy, ale to już inna rzecz…

Skoro o garniturach mowa i jesteśmy w okolicach rocznicy pewnej słynnej katastrofy, to powiem Wam szczerze, co na ten temat sądzę. A myślę sobie tak, że po prostu wszyscy niemal ludzie są w tym cholernie zagubieni. Ci wierzący w teorię spiskową będą się trzymać co chwilę nowej, a ich oponenci za motto przyjęli sobie nie zgadzanie się z nimi. Wszystko wynika z tego, że w Polsce nie możesz powiedzieć „nie wiem, co o tym myśleć”. Nie, u nas musisz się odezwać, najlepiej jak nic nie wiesz na dany temat, zawsze agresywnie, krzycząc i pouczając innych. Tylko po to, by utwierdzić się w przekonaniu, że mały, zakompleksiony Polaczek został zaspokojony.

Na tych drugich się w ogóle nie skupiam, natomiast fascynują mnie ci pierwsi, którzy ulegają takiej dziwnej u nas presji namaszczenia słowa „Polska” we wszystkich jego odmianach. Aż mi się przypomina arcygłupi film „Poranek kojota” i genialny tekst jednej z postaci, senatora Polaka: „Kiedy mówię „Polska”, mam przed oczami pszeniczny kłos wyrosły na tej ziemi, znajome boćki, co przycupnęły na przyjaznej mazurskiej chacie, widzę bursztynowy świerzop tańczący wśród fal burzanów…” Dla mnie taki facet nadaje się do leczenia, a w naszym kraju tacy ludzie są wśród tych tak zwanych elit. W ogóle uwielbiam, jak mówi się „honor polskiego żołnierza”, „honor polskiego munduru”. Mundur poszarpany, żołnierz pijany, ale honor musi być, bo mały Polaczek wewnątrz każdego z nas musi się nasycić.

To samo było z katastrofą – mam wrażenie, że tak ciężko nam przyjąć możliwość błędu naszych pilotów (abstrahując, czy on zaistniał, czy nie) nie dlatego, że jesteśmy przekonani o ich świetności, ale dlatego, że znowu ktoś „kala honor polskiego lotnika”! To, że nasza „kultura awiacji” niewiele różni się od rosyjskiej, czyli równie dziadowskiej, jest nieistotne. Bo przecież chodzi o „honor polskiej armii”! Możecie mnie zabić, ale całe to żałobnictwo (bo nie żałoba) posmoleńskie do oceny naszego narodu dodaje mi tylko taki obraz: pijany Polak z obrazkiem papieża (oczywiście Jana Pawła II, bo ten obecny to hitlerowiec przecież) w jednej ręce i krzyżem w drugiej, tapla się w błocie zmieszanym z krwią ofiar, potykając się o szczątki samolotu i krzyczy na wszystkich, którzy w ogóle mają pecha znaleźć się na jego drodze. Czuje się niezrozumiany, bo nie chce być zrozumiany – nie o to mu chodzi, chodzi mu tylko o to, żeby świat znowu zobaczył, jak wielka dzieje mu się krzywda.

O, właśnie, krzywda. W ogóle mam wrażenie, że wszyscy Polacy mają wiecznie poczucie bycia przez kogoś skrzywdzonym. Wciąż musimy wszystko usprawiedliwiać, tłumaczyć. Spodobał mi się ostatnio tekst Mariusza Szczygła w najnowszych „Książkach”, w którym opisuje przeżycie z oprowadzania czeskich przyjaciół po Warszawie. Zaczyna mówić i kiedy ukazuje się im jakiś wyjątkowo brzydki widok, zaczyna tłumaczyć, że Warszawa była zniszczona w czasie wojny i takie tam. Zreflektował się i pomyślał, że przecież to było prawie 70 lat temu! To nie Niemcy są winni temu, że jakieś miejsce tam źle wygląda, to nie Rosjanie – to sami Polacy swoim dziadostwem i niechlujstwem.

Zdarzyło mi się uczestniczyć w paru dyskusjach dotyczących niemieckiej winy za ostatnią wojnę. Zawsze pojawiał się jakiś kretyn, mówiący że „Niemców należy zniszczyć, bo to samo zło”. Kolejny zawistny Polaczek, który doskonale wie, że oprócz okropieństw nazizmu, Niemcy dały światu o wiele więcej niż Polska – więcej dzieł kultury, więcej osiągnięć nauki. Ba! Rosja (której nie lubię przecież) dała światu więcej niż Polska. Nie znaczy to, że mamy się przed nimi kajać, ale póki co wygląda to tak, że mały Polaczek patrzy na Niemca krzywo zawistnym wzrokiem i coś pod nosem mamrocze, bo wie, że nie ma się co porównywać. I nie chodzi mu o to, żeby jemu było lepiej – żeby jego kraj się rozwijał, żeby się bogacił. Chodzi mu tylko o to, żeby Niemcowi było gorzej. To takie tradycyjne podejście polskie do stosunków dobrosąsiedzkich. Chyba jednak Żyrinowski miał rację, twierdząc: „Anglia ma futbol i królową, Niemcy – Mercedesa, Ameryka – dolara, a Polska nie ma nic, dlatego jest zakompleksiona.”

W tej kwestii z kolei przypomina mi się zawsze „Dzień świra” i „Modlitwa Polaka” w nim zawarta:

Gdy wieczorne zgasną zorze,
zanim głowę do snu złożę,
modlitwę moją zanoszę,
Bogu Ojcu i Synowi.
Dopierdolcie sąsiadowi!
Dla siebie o nic nie wnoszę,
tylko mu dosrajcie, proszę!
Kto ja jestem?
Polak mały! Mały, zawistny i podły!
Jaki znak mój? Krwawe gały!
Oto wznoszę swoje modły do Boga, Maryi i Syna!
Zniszczcie tego skurwysyna!
Mojego rodaka, sąsiada, tego wroga, tego gada!
Żeby mu okradli garaż,
żeby go zdradzała stara,
żeby mu spalili sklep,
żeby dostał cegłą w łeb,
żeby mu się córka z czarnym
i w ogóle, żeby miał marnie!
Żeby miał AIDS-a i raka,
oto modlitwa Polaka!

Zresztą, w ogóle lubię polską religijność. Nie chodzi już o „ludowość” tych obrzędów – to zawsze było i będzie, ja raczej oceniam to pozytywnie. Chodzi raczej o naszą obłudę, że jak już chodzimy do kościoła, to czujemy się usprawiedliwieni. Przypomina mi się z kolei sytuacja z walki o dolinę Rospudy, kiedy jakiś pan „wierzący” podchodzi do pani ekolog z krzyżem, rzuca jej go prawie w twarz ze słowami „I co, kurwo, krzyża nie weźmiesz?!” No, taki pewnie pierwszy do ołtarza! Facet na pewno tam siedzi w pierwszych ławach i aż kark mu wygina, żeby zobaczyć, czy Malinowski spod trójki przyszedł, jak przyszedł, czy się nie spóźnił, czy dobrze ubrany i takie tam.

Fajne jest też, jak starsi ludzie zwłaszcza podchodzą do księży prawie w taki sposób, jakby to był ich pan i władca. Znam taką sytuację, gdy starsza pani w pociągu siedzi z radiem (kontynuatorka tradycji noszenia boomboxów?) i włącza przy księdzu Radio Maryja, pewnie by go zadowolić. A ten ksiądz nie tylko nie dostaje orgazmu, ale jeszcze pierwszy na nią nawrzeszczał, że nie każdy ma ochotę tego słuchać, co spotkało się z ogromnym aplauzem. Zresztą pamiętam, że kiedy jako dziecko leżałem w szpitalu, starsze panie przychodzące do wnuków z tym radiem to była zmora.

Tak samo cudowne jest, jak społeczności wiejskie w Polsce bronią swojego księdza. Mimo, że jest nie tyle oskarżony, ale już uznany za winnego molestowania, ludzie będą stać pod kościołem i krzyczeć, że ofiara księdza to na pewno dama lekkich obyczajów, taka i owaka. Bo to przecież „ich ksiądz”, „on by nie mógł”. To, że ona ma zrytą psychikę do końca życia, już nikogo nie obchodzi, bo przecież „to tak nie wypada”, żeby mówić o tym wszystkim na zewnątrz. Najlepiej się zamiata pod dywan. Ciekaw jestem, czy jeżeli będzie się oddawać te 0,3% na Kościół, to ile procent ludzi się na to zdecyduje.

Bardzo mi się też podoba, jak ci wszyscy świętojebliwi Polacy-katolicy wypowiadają się na temat kwestii praktycznych i tych, które mogłyby dotyczyć nas wszystkich, gdyby kto inny o tym mówił. Miałem nieprzyjemność słuchać w radiowej Trójce dyskusji na temat „wymierania” Polaków i macierzyństwa. W dalszym ciągu mam wrażenie, że gdzieś w nas dominuje kretyński obraz „matki-Polki”, która jest generalnie człowiekiem renesansu i ma być do tego jeszcze uśmiechnięta. Bo przecież życie poczęte jest takie „błogosławione”, takie „cudowne”, że aż wznosi tam, gdzie samolot rządowy dwa lata temu spadał (bo symbolika musi być). To, że wychowanie dzieci rozbija się o kretyńskie programy szkolne (szczęśliwie już poprawiane), cholernie drogie zabawki i ubrania dziecięce, że ludzie pracujący na kilku etatach nie mogą zarabiać na tyle, żeby zainwestować w siebie, a co dopiero mówić o drugim człowieku – to nikogo nie interesuje. Jakiś arcykretyn powiedział, że „co mają powiedzieć ludzie urodzeni w czasie wojny, którzy tez nie mieli warunków”. Fajnie, tylko wtedy o wiele częściej zdarzały się gwałty, o których się nie mówiło, także w małżeństwach. Ale wiadomo, w Polsce jest tylko matka-Polka, która radzi sobie ze wszystkim.

Bardzo mi się też podoba ta świętojebliwość okołopapieska i całe to pokolenie JP II. Pewnie prawie nikt z nas nie ma pojęcia, o co temu facetowi w ogóle chodziło, ale szkołę w Wygwizdowie trzeba koniecznie nazwać jego imieniem. Co ja mówię, Jego imieniem, bo przecież wielka litera musi być – chociaż nie wynika z szacunku do osoby, a z braku znajomości zasad polszczyzny. Najlepiej Szkoła Podstawowa im. Najsantosubitniejszego Świętego Papieża Polaka Jana Pawła Drugiego Inaczej Karola Wojtyły w Wygwizdowie. Wtedy będzie super. I jeszcze parę ulic tak nazwać, a do tego pomników. A zwieńczeniem tego będzie pomnik papieskiej kremówki wielkości Chrystusa w Świebodzinie. I jeszcze Chrystus Królem Polski! Bo urzędowa uchwała więcej jest warta niż to, co ludzie sami czują! Więcej, mocniej, wyżej!

Tak samo drażnią mnie polskie świętości i tematy tabu. Oczywiście przede wszystkim nic nie powinno obrażać „uczuć religijnych”. W Krakowie swego czasu zrobiono wystawę nieco bardziej „nieprawomyślną”, a przed nią paru pajaców protestowało z transparentami odnoszącymi się do zupełnie innego autora niż ten, którego prace wystawiano. Tak samo nie możesz powiedzieć, że nie lubisz dzieci – w tej kwestii polecam analizę sporów dookoła słów Marii Czubaszek na ten temat (nie na temat jej aborcji, ale właśnie nielubienia dzieci). Ja też nie lubię dzieci, gnomy cholerne latają tylko i przeszkadzają. I co z tego? Jak kiedyś polubię, to może będę miał swoje. Teraz nie mam, to nie muszę. Po 10 kwietnia też nie można było powiedzieć złego słowa na byłego prezydenta i inne ofiary. Jezu, jaka różnica czy kogoś się uważa za miernego przed czy po śmierci? Co, nagle wśród naszej polskiej nekrofilii kocha się kogoś, kto umrze?

Albo się udaje, że się kocha, a w gruncie rzeczy „tak wypada”. Ja tam bym wolał, żeby na moim pogrzebie ludzie się dobrze bawili, niech będzie kolorowo, radośnie, niech sobie zaśpiewają co chcą, najlepiej przy dobrym alkoholu. Ba, niech im ustawią spluwaczkę, żeby mogli sobie splunąć na mnie choćby w ten sposób, jeżeli mają ochotę. Ale nie w Polsce, tutaj musi być powaga i zatroskane miny, mimo że wszyscy się cieszą, że gościa już nie ma, bo na przykład opowiadał same nudne dowcipy.

Oczywiście kolejną świętością jest rodzina! Koniecznie cała! Jak facet bije kobietę, a do tego przepija połowę pensji, to wystarczy, że pójdzie do kościoła parę razy, a już wszyscy go rozgrzeszą, bo na zewnątrz tacy ułożeni. Ale jak ta kobieta od niego ucieknie, to ją wyzywają od najgorszych, bo „jak tak mogła zostawić rodzinę”. Jak się komuś w Polsce obrazi kogoś z rodziny, choćby i najbardziej nielubianego, to stryczek publiczny gotowy. Mnie się to kojarzy tylko z „Ojcem Chrzestnym”.

Choć lubię ten naród (mimo, że ja przecież w spisie powszechnym jestem Austriakiem!) i jestem z niego dumny, to jednak czasami mam taki smutny jego obraz, który świetnie oddaje tekst Kabaretu Starszych Panów: „My, pełni wiary, choć łeb nam ciąży, ciąży jak ołów, że żadna siła nas nie pogrąży… orłów, sokołów!” Smutne to, ale nadal prawdziwe, a pewnie sam nie jestem lepszy od wielu innych i zdaję sobie z tego sprawę. Ale próbować się poprawiać trzeba.

Jest źle.

Uwaga: tekst zdecydowanie osobisty, kogo nie interesuje, radzę nie czytać.

 

Wiecie co? Jest do dupy. Wydawało się, że chodzi taki wiecznie nieprzejmujący się niczym, uśmiechnięty, zadowolony z życia i w ogóle radosny, stary Franz. Mogłoby się niektórym zdawać, że w ogóle gościu tryska energią, jest trochę nieskromny, nawet czasem butny. Cieszy się facet życiem, nie interesuje go, co będzie jutro, pełen luz i jedno wielkie „wisi mi to wszystko kalafiorem”. Do tego jeszcze w miarę dostaje to, czego chce i w ogóle jest chodzącą chęcią życia. No to żeście się, kuźwa, pomylili.

Mam już wybitnie po miód w uszach grania wiecznie ucieszonego aż do głupoty człowieka. Jedynym powodem, dla którego to robię, jest moja własna opinia, że nikogo moje przejmowanie się czymkolwiek nie musi obchodzić – i pewnie tak jest w rzeczywistości. Ale teraz to ja mam wszystkich głęboko w nosie – i powiem właśnie, że się przejmuję. Przejmuję się, czy skończę te durne studia, przejmuję się, czy dziewięć na dziesięć osób, które znam, nie uważają mnie za zarazę, której należy się jak najszybciej pozbyć, przejmuję się, czy w ogóle w przyszłości będą ze mnie ludzie, a nade wszystko, czy za parę lat będę mógł stanąć przed lustrem i nie powiedzieć sobie: „Lisiewicz, ty kretynie, znowu ktoś przez ciebie cierpi?”

Właśnie – „ktoś”. Nie ja, tylko ktoś. Mam idiotyczną obsesję na temat innych ludzi, co o mnie powiedzą, co o mnie myślą, czy to ja im czegoś złego nie zrobiłem. Nawet, jak ktoś potraktował mnie jak ostatniego śmiecia (pozdrowienia, bo myślę, że to czytasz), bardziej było mi szkoda tej osoby niż siebie. Zresztą dalej tak mam, że jak ktoś mnie kompletnie lekceważy, mam to sobie za złe, a nie tej osobie (też pozdrowienia, ale to już do kogoś innego). I tak zresztą mam nieodpartą chęć przeprosić wszystkich czytających ten tekst za to, że muszą czytać coś tylko na mój temat.

Nie tryskam żadną energią, bo mi się już zwyczajnie nie chce. Nie chce mi się udawać, że jestem wszystkim zachwycony, nie mam najmniejszej ochoty już udawać, że lubię także tych, których w rzeczywistości nie znoszę (a tych akurat jest nadal zatrważająco mało). Nie chce mi się nawet już wyrażać pozytywnych uczuć (jeżeli jeszcze jakieś mam), a tylko negatywne – stąd zresztą ten tekst. Nic mi się, kuźwa, nie chce.

I nie, nie wisi mi wszystko kalafiorem. Ani kapustą, brokułami czy pomidorem. Po prostu gdyby mnie obchodziło absolutnie bez wyjątku to, co powinno, osiwiałbym już dawno, a paznokcie miałbym zgryzione tak, że nie wiedziałyby, w którą stronę rosnąć. Zresztą zastanawiam się, czy nie po to właśnie piszę metalowym piórem – żeby go nie zagryźć do końca, jak miliony długopisów? Do tego jeszcze nie nastraja pozytywnie fakt, że średnio raz w tygodniu uświadamiam sobie, ile rzeczy jak dotąd udało mi się schrzanić (i tu też kogoś pozdrawiam).

Wiecie, komu najbardziej zazdroszczę? Nie ludziom lepiej ode mnie wyglądającym (trochę ich za dużo, biorąc pod uwagę moją urodę zapasowego renifera z orszaku świętego Mikołaja, jak mawiał o sobie Andrzej Poniedzielski), bogatszym czy mądrzejszym. Tym, którzy potrafią zachowywać się jak ostatnie świnie, dobrze im z tym i jeszcze mają pretensje, że ktoś im zwraca uwagę. Wszystkim najbardziej bezczelnym ludziom, jakich poznałem – takim, którzy biorą od życia to, co chcą, nie pytając się, czy komuś przeszkadzają.

A ja? Cóż, nie dość, że człowiek nieszczery (czego dowodzi ten tekst), niezbyt urodziwy, nieszczególnie wierzący w swoje możliwości (o ile jakieś istnieją), to jeszcze zafascynowany rzeczami, o których ludzie zapomnieli już jakieś parędziesiąt lat temu i właściwie prawie nikogo już nie interesują. Jakoś niespecjalnie wychodzi mi bycie bezczelnym, takim naprawdę bezczelnym. A szkoda, wielka szkoda.

Walczę ze sobą od dobrych paru minut i nie umiem inaczej – muszę to napisać: przepraszam, że napisałem tyle o sobie. Po prostu musiałem, nie było innego wyjścia, inaczej zacząłbym torturować swojego kota. Jeżeli zaczniecie mnie uważać za świra, to… a co ja będę się tłumaczył, koniec z tym. Chcecie mnie uważać za świra, to uważajcie. To akurat powinno wisieć mi kalafiorem.

A, i jeszcze jedno. Z okazji zbliżających się świąt tym, którzy je obchodzą, składam najlepsze życzenia – i radzę się nie odwdzięczać, bo to nie będą dobre święta.

„Kolejka, którą razem tworzymy, jest kolejką słuszną…”

Też lubicie kolejki? Tłumy stojących za czymś ludzi, którzy wzajemnie prześcigają się w robieniu sobie na złość? Czujecie się w nich mocno osamotnieni? No, to natrafiliście właśnie na pokrewną duszę! Choć nie wiem, czy na Waszym miejscu bym się cieszył… No, ale to już nie mój problem, ja biorę na tapetę kolejkowe społeczności, do których sam – chcąc nie chcąc – należę. Właściwie to nie chodzi tyle o osławione ogonki, co ogólnie o filozofię czekania na coś – nieistotne już, co to ma być. Fascynuje mnie proces tworzenia się takiej grupki czekających, w której każdy ma do odegrania swoją rolę, inaczej się zachowuje, wchodzi w inne interakcje – i o tym dzisiaj napiszę. Podczas czytania tego tekstu zapewne wiele osób zakrzyknie „JA tak nie robię!” – im głośniej, tym większe poczucie winy. Ale to ma każdy.

Studiuję siłą rzeczy taki kierunek (co za wstyd…), który oprócz wielu innych wad ma jeszcze tę, że na każdym roczniku jest wiele osób. Przez ostatnie dwa i pół roku jestem więc mimowolnym świadkiem nagminnego tworzenia się kolejkowych społeczności i zachowań ludzkich. Jest to tym ciekawsze, że – po pierwsze – sam w tym muszę uczestniczyć i – po drugie – generuje tak wiele przemian ludzkich, że nikt nie jest w stanie tego sobie wyobrazić. Nagle, z jak najbardziej przyjaznych studentów niemal wszyscy stają się kolejkowymi wyjadaczami, zapinającymi swe marynarki na wszystkie guziki, jakie tylko dają taką możliwość. Nie ma już przepuszczania kobiet, bo przecież „trzeba zająć miejsce”, mimo że taki pewno nie umie nawet dobrze ściągać.

Oczywiście jeszcze większą osobliwością są osoby, które uważają, że ich żadna kolejność, w tym alfabetyczna, nie dotyczy. Nie, bo jemu się pasą krowy, autobus ucieka, albo właśnie montują pierwszy wychodek w okolicy – przecież to JA jestem najważniejszy. Po mnie nie ma nic, jak u Kononowicza. Nie jest zupełnie istotne, że inni także się spieszą, bo przecież JA tyle tu siedzę… Można wyróżnić też specjalny typ tych, którzy uważają, że skoro oni wstali o piątej rano, by „zająć miejsce” (niezależnie od ewentualnej kolejności), to im właśnie należy się palma pierwszeństwa. To nic, że parę takich sytuacji, a wszyscy będziemy wstawać o tej piątej rano, by zająć miejsce – właściwie, dobrze byłoby w ogóle nie spać. No, bo przecież TU i TERAZ najważniejsze jest to, że JA chcę dostać to, po co przyszedłem.

Odchodząc na chwilę od tematu studiów i studentów, przytoczę pewien przykład. Otóż pewnego średnio ładnego dnia na godzinę drugą byłem umówiony u lekarza. Pojawiłem się tam za dziesięć druga, spokojny, z książką w ręce i błogostanem oczekiwania na wezwanie. Minęło nie więcej jak piętnaście minut, moje oczekiwanie opłaciło się. I już wtedy widziałem nienawistny wzrok innych pacjentów, że widocznie jestem uprzywilejowany. Czułem na sobie tę ścieżkę zdrowia spojrzeń przykurzonych z lekka kolejkowiczów – tym bardziej wesół wparowałem do gabinetu. Po niezbyt długiej wizycie wychodzę, by tym razem zostać zaatakowanym przez jakiegoś sędziwego, zasuszonego jegomościa: na którą pan miał? Dlaczego tak szybko? Przecież tu ludzie czekają! No, uznałem że warto odpowiedzieć: ja na drugą, a pan? Zmieszał się jegomość, że miał na trzecią, no ale przecież ON TU SIEDZI! Już tyle czasu! To się nie godzi, żeby młodzi sobie tak o przychodzili, a starzy musieli siedzieć… Nie wiem, może ktoś mi powie: kazał mu ktoś tam siedzieć? Zmuszali go? Czy może po prostu chciał sobie ponarzekać?

No, skoro o siedzeniu mowa, to zachwycają mnie też niewielkie społeczności ludzi wyraźnie na coś czekających, zastygłe na wszelkiej maści ławkach w galeriach handlowych. Dookoła kawiarnie, bary, księgarnie – właśnie dla takich osób, których nie bawi szczególnie bieganie po promocjach i zniżkach, a chciałyby przyjemnie spędzić czas z gazetą czy książką. Nie, przecież czasu nie można spędzać przyjemnie. Trzeba cierpieć, mieć smutną minę, być obładowanym wieloma torbami, najlepiej w za gorącej kurtce. O-b-l-i-g-a-t-o-r-y-j-n-i-e! Polak nie może być zbyt wesoły!

W czasie zimowym niezwykle cieszy mnie też proces czekania na autobus. Jeżeli wiadomo, że ten przyjedzie najwcześniej za pół godziny, to można pójść i zrobić coś o wiele przyjemniejszego niż stać na zimnym przystanku. Logiczne, prawda? Otóż  niekoniecznie – przecież wszyscy obowiązkowo musimy ze smutnym obliczem czekać na autobus! Przy okazji należy ponarzekać na złą pogodę i na niedobrego kierowcę, który na pewno specjalnie nie przyjeżdża na pół godziny przed czasem, byleby tylko nam zrobić na złość. Wszystko przeciwko nam, jesteśmy zaatakowani przez wiadome siły, a autobus na pewno zahaczył skrzydłem o jakieś drzewo.

Są też wartości uniwersalne dla każdego rodzaju kolejki – mianowicie, zachowania ludzkie. Ze wszech miar nie znoszę kolejkowych wyjadaczy i ustawiaczy. Pierwsi wszystko wiedzą, przychodzą z protekcjonalną miną i patrzą na resztę z góry. Zapytasz o coś – powiedzą takim tonem, że aż strach. A spróbuj powiedzieć im, że sprawy mają się inaczej niż to przedstawiają! Cały ich światopogląd upada, potrafią wydrapać oczy za każdą nieprawomyślną informację. Nie zgadzasz się – nie istniejesz. Zgadzasz się – i tak jesteś tylko głupim amatorem kolejki, ale chociaż słuchasz bardziej doświadczonych. No, oczywiście z tej grupy wywodzi się drugi typ, często z nią połączony – ci, którzy chcą wszystkich ustawiać. Oni już za Was zdecydowali, że wchodzicie dwójkami. Chcesz wejść we trójkę? Nie ma tak, bo przecież „jest ustalone”, że można tylko we dwójkę! Bardzo często typ ten występuje razem z typem miłośników czekania w kolejkach od samego rana. W końcu takie czekanie od szóstej rano to nie byle jaka rzecz, w ten sposób nabywa się doświadczenia! Wówczas wystarczy tylko spróbować napomknąć o tym, że idzie się zrobić coś przyjemniejszego. Nic, tylko obserwować, jak kolejkowy wyjadacz czerwienieje – jak to, ja tu czekam tyle czasu, a on będzie sobie jadł śniadanie?! O nie, co to, to nie!

Nie będę ukrywał, że wchodząc do kolejki znacznie bardziej wolę ludzi niezorientowanych, którzy nie czują wobec tej instytucji żadnych większych emocji – w końcu nie są przynajmniej takimi kretynami, by czekać na coś od samego rana tylko po to, żeby całą rzecz za chwilę szlag trafił.

Pewnie każdy z nas zachował się parę razy tak, jak ci, o których dzisiaj piszę – ja też. Najważniejsze jednak, by na przykład w momencie nadejścia sesji (lub innej okrutnej i nieludzkiej sytuacji) nie stać się zwierzęciem, które musi wszystko zdobyć za wszelką cenę, najlepiej tratując po drodze innych. Jeżeli nadal ktoś z czytających uważa, że pierwszeństwo winni mieć ci, którzy mimo innej ustalonej kolejności przychodzą cztery godziny wcześniej, albo że powinniśmy żałować tych wszystkich ludzi zalegających w galeriach handlowych, to trudno – mam nadzieję, że nikogo nie uraziłem, a jeżeli tak, to może chociaż nikogo, na kim by mi mogło zależeć.

Kolejny powrót starego przyjaciela

Ciekaw jestem, czy ktoś jeszcze pamięta, że zdarzyło mi się tu coś napisać od czasu do czasu. Sądząc po częstotliwości – nigdy nie byłem fabryczną maszyną, sypiącą myślami na potęgę, zresztą i z jakością różnie bywało. W każdym razie, jak sobie przypominam, swój pierwszy wpis „skrobnąłem”, jak niektórzy mówią, dłuższą chwilę temu, w okolicach Walentynek. Nie wiem, czemu tak się uczepiłem tego święta także nieco nadrabiając częstotliwość pisania – zdarza się czasem i tak. Skoro jednak czeka nas koniec świata, uznałem że mam ostatnią, niepowtarzalną szansę, by ktokolwiek mnie jeszcze przeczytał. Swoją drogą – ale głupie sformułowanie, „czytać kogoś”. Przecież nie obnażam się tu przed Tobą, drogi Czytelniku, abyś mógł mnie czytać. Wątpię zresztą, by ktokolwiek byłby zainteresowany taką formą obcowania z tekstem. Ja to jeszcze nic, ale wyobraźmy sobie poznawanie w taki sposób dzieł zmarłych autorów starożytnych. A, co ja plotę – gdzie mi tam do tych filarów światowej literatury! Ja tu, proszę Państwa, jestem skromnym studentem, który zastanawia się właśnie, co napisać.

Czuję się trochę tak, jakbym przez bardzo długi okres czasu nie widział się z dobrym przyjacielem. Jego wstydliwy wzrok i mój, obustronne zmieszanie, nieśmiałe spojrzenia – kto pierwszy się odezwie, kto coś zrobi? Przyłoży drugiemu, krzyknie, wrzaśnie, kordialnie wyciągnie ramiona, cokolwiek. Chyba ja, decydując się na ten tekst, robię to. Mimowolnie, żeby coś się działo. W końcu to ponad pół roku! Wyobraźcie sobie, że się przyjaźnimy (jeżeli nie jest tak istotnie), któreś z nas znika na parę miesięcy bez żadnego słowa, bez wyjaśnienia. I co? Niby znamy się trochę, a jednak coś się zmieniło. A może to niepisanie i nieodzywanie się też jest jakimś głosem? Nie, nie katolickim w Twoim domu. Po prostu milczeniem, z którego można odczytać wszystko i nic. Tylko po co odczytywać? Po co rozumieć wszystko? Po co ogarniać wszystko swoimi myślami? Czasem, w mojej wcale niemałej ciekawości świata (jedna z niewielu cech napełniających mnie dumą), zastanawiam się,  czy właściwie warto próbować rozumieć dosłownie wszystko. Nie jestem najmądrzejszy, nikt nie jest – a jednak próbujemy wszyscy ogarnąć umysłem te rzeczy, o które strach zapytać.

I znów to milczenie – no więc pytać, czy nie? Nie widzieliśmy się pół roku, powstaje dylemat: czy wypada się tak dowiadywać? Czy wypada spytać, co robił, gdzie był, dlaczego go nie było? Czy może lepiej się domyślić samemu? Lepiej? Dla kogo lepiej? Dla przyjaciela, bo może się boi powiedzieć? Czy dla nas samych, bo głupio tak wypytywać. Przecież mógł, dajmy na to, wylądować w więzieniu, i nie chce o tym mówić. Ha! Dlaczego od razu taki wniosek? Dlaczego zakładamy, że wylądował w więzieniu, a nie na przykład odbył cudowną podróż dookoła świata?

Zdaje się jednak, że mówiłem coś o milczeniu i moim – mam nadzieję – powrocie tutaj. Nie wiem, czy ktoś będzie mnie czytał (znów to idiotyczne stwierdzenie!). No, ponoć w ostatnich dwóch dobach odwiedziło tę stronę całe dwie osoby… nieźle, jak na trupa, od którego aż zalatuje cmentarzem. W każdym razie, nie sądziłem nigdy, że to powiem, jestem w stanie wskazać winnego mojej niemocy „twórczej” (ha, ha), zresztą pewnie nie tylko mojej. Twarzoksiążka, w Albionie zwana Facebook! Dawniej, gdy człowiekiem targały emocje, pisał choćby drobną fraszkę, rysował coś. Dziś wypisuje swoje nieuporządkowane dyrdymały w jakimś polu zwanym „statusem”. Jaki status? Materialny, stan umysłu? Denerwuje mnie coś – Facebook, cieszy mnie – Facebook, spodobało mi się – Facebook, oglądnąłem, posłuchałem, przeczytałem – Facebook. Koniec z tym! Dosyć!

Koniec…? Dosyć…? Czy na pewno? Przecież to takie wygodne… Cóż to za kłopot odprężyć się, spisując błąkające się myśli w krótkiej formie? Nie trzeba dbać, by ładnie wyglądały, forma też nieistotna, ktoś polubi to polubi, nie to nie… Czyż to nie tak bardzo zgodne z kulturą Południa, którą tak mocno wychwalałem w moim ostatnim tekście? Zaraz, przecież to wymysł amerykański! Coś się tu nie zgadza… Nic się nie zgadza! No, ale skoro już tu piszę, to znaczy że moja wena nie zadowala się li tylko najkrótszymi formami (nie mam złudzeń – to, co tutaj sobie wypisuję, też jest formą krótką). To dobry znak, jeden z niewielu na coraz bardziej dziurawym gościńcu, po którym przyszło mi się poruszać do przodu.

Nie wiem, czy ktoś zwrócił uwagę, ale piszę w nieco inny sposób niż zwykle, nie mam wszak tematu, który mógłbym wziąć na tapetę, a zbliżające się niebawem święto zakochanych jest już tak oklepane w opisach, że trochę mi się nie chce. Sam zresztą ze dwa razy o nim pisałem, więc tym razem byłby to już niezdrowy fetysz z mojej strony. Jeżeli miałbym coś do powiedzenia tym, którzy są szczęśliwi je obchodzić, to tylko tyle, by zadbać o estetykę. Resztę już sami wiedzą najlepiej.

Kończąc ów skromny tekst pragnę zapewnić tych, których to w ogóle interesuje, ze moja bezpłodność i impotencja twórcza ma ostatnio dziwne tendencje do cudownego samouleczania się – ach, gdyby pacjenci naszej służby zdrowia tak mieli! Coraz częściej zdarza mi się popełnić drobne opowiadanie czy też pozwalać wyobraźni błąkać się coraz dalej. W każdym razie, nie powiem „WRACAM!”, ale chyba, być może, możliwe że wrócę niebawem, w najbliższym czasie.

Północ, północny zachód

W czasie, gdy targają mną rozterki „czasu niepokoju”, czyli ostatnich dni, kiedy jeszcze jestem dwudziestolatkiem, musiałem znaleźć sobie coś, czym zajmę umysł. Umysł, który jeszcze dziś odczuwa katastrofalne skutki poczwórnych urodzin pewnej damy, dwóch sławnych mężów i moich, wysila się ostatnio nad wielce skomplikowanymi kwestiami. Miast denerwować się zbliżającą się sesją, począłem beznadziejną walkę z myślami na temat własnej osoby. Myśli te porównać można jedynie do bułgarskiego cara – możliwości odwrotnie proporcjonalne do ambicji owładnięcia świata (oczywiście tego świata, który kończy się na Bałkanach), a upierdliwość ogromna – zwykle bowiem siedzą cicho i grzecznie, nie przeszkadzając za bardzo, lecz jak zaczną męczyć, to już na całego. Czasami jednak człowieka tak zmęczy, że biedak zastanawia się, czy jest jeszcze w stanie cieszyć się życiem, czy jest jeszcze zdolny do miłości, czy ma w sobie jeszcze trochę chęci i ikry, które tak ceni. Najgorsze, że nie ma się nad czym zastanawiać – życiem się tak czy siak cieszę, do miłości zdolny nie jestem, a chęć i ikra pojawia się od czasu do czasu. W takich sytuacjach ratowała mnie zwykle stara, dobra, naddunajska kuchnia. Tyle, że w porze tak ciepłej, jak tegoroczna wiosna, połcie mięsiwa, zawiesiste sosy ani krocie tłuszczu na talerzu nie potrafią zaspokoić, a prowadzą raczej do rzeczy zupełnie odwrotnej.

Wtem odkryłem smutną prawdę, której nie znałbym, gdybym żył jakieś sto lat wcześniej – że odzywa się we mnie okropna mentalność północno-zachodnia. Stąd zresztą tytuł tekstu, wzięty z jednego ze słynniejszych filmów w historii kina. „Północ, północny zachód” to bowiem nie tylko dzieło kinematografii. To także rejon świata o okrutnym, ascetycznym podejściu do życia. A my wszyscy, zamiast żyć w zgodzie z otaczającym nas światem, staramy się go raczej kreować na swoją modłę. Pozytywnym aspektem mojej myśli jest odkrycie, dlaczego ja właściwie tak bardzo kocham Austro-Węgry – ostatecznie mogę powiedzieć: za to, iż wyznaczały północną i wschodnią granicę południowego kręgu kulturowego, gdzie miesza się północny Ordnung z południową sielankowością i spokojem. Drugą taką mieszankę w historii zdołała stworzyć jedynie Francja, czym również mnie niebywale zachwyca.

Do rzeczy jednak. Kiedy miałem ogromną przyjemność być w tymczasowo rumuńskim Siedmiogrodzie, zauważyłem niebywale odmienną kulturę myślenia tamtejszych ludzi. Kulturę, która mnie zachwyciła i porwała. Niemniej zakochałem się w ten sposób w Austrii i Francji, spodobał mi się też tymczasowo włoski Tyrol Południowy. Moje obserwacje zaczęły się w typowo górskich i narciarskich środkach komunikacji w Siedmiogrodzie, gdzie zauważyłem ogromną różnicę do naszych realiów. Jadąc kolejką linową nieopodal Brassó nie mogłem nadziwić – i nacieszyć – oczu. I nie mówię o tym, że hamulec bezpieczeństwa został – oczywiście dla bezpieczeństwa – posmarowany okropnie wyglądającym smarem, aby odstraszyć potencjalnych Szwejków. Mówię o sposobie rozmawiania i akceptacji dla wysokiej ilości decybeli. W Polsce, jadąc nawet dość wygodną kolejką, często każda próba rozpoczęcia rozmowy kończy się tak, jakby nagle we współpasażerów wstąpił duch owczarka kaukaskiego – nie odzywają się, ale jakby kontynuować nieudolne próby, mogą ugryźć. To samo w komunikacji miejskiej – ludzie jakby z urzędu, kasując bilet, muszą mieć smutek i skupienie wypisane na twarzy. Jeżeli ktoś się z czegoś cieszy, to albo pijany, albo głupek, albo cudzoziemiec. W rumuńskim chwilowo Siedmiogrodzie natomiast wewnątrz wagonika jest głośniej niż na zewnątrz (tak, da się!), wszyscy ze sobą rozmawiają, czasami śpiewają, bratają się… cudowny kraj! A pamiętam, jak Węgrzy na równie tymczasowej granicy pytali się mojego ojca: Jedziesz do Rumunii? Z dziećmi?!

W pięknej kulturze południa inne jest też podejście do architektury i estetyki jako takiej. W Polsce bardzo często kopiujemy wzorce „estetyczne” od Niemców, którzy akurat o tym nie mają bladego pojęcia. Co ciekawe – to w Niemczech ponoć powstał wzór siermiężnej architektury urzędowej, która wskazuje, jak powinien wyglądać przygnębiający urząd. Czasem mam wrażenie, że południowe Niemcy, gdzie nie jest z tym najgorzej, musiały być na zupełnie innej planecie, skoro potrafią tam budować jak w Austrii, Francji czy na Węgrzech. No, ale może to jest największy triumf tak często krytykowanego przeze mnie katolicyzmu i myślenia, jakie wraz ze sobą roztacza? Wracając jednak do wzorców – na początek wezmę się za drogi. Zarówno w Polsce, jak i w Niemczech, stawiają je na zasadzie „mają być dobre, nieważne jak wyglądają”, choć z tą jakością w Polsce bywa różnie… A jakież było moje zdziwienie, kiedy wjeżdżając do Austrii zauważyłem, że tam potrafią nawet sensownie zagospodarować te ohydne ekrany autostradowe za pomocą roślinności – i już mniej straszą! Inna rzecz to architektura. Uwielbiam austriackie, francuskie, węgierskie czy włoskie wioski. W Polsce czy w Niemczech, gdzie budują mnóstwo klocowatych domów, można pomyśleć, że każde zabudowanie jest wrogiem Matki Natury i należy je wyplenić. W świecie kultury południowej poczuć można, że ludzie żyją w zgodzie z przyrodą. Wioski w niezmienionej formie, z domami pośród drzew i ze starym kościołem pośrodku – wydaje się, jakby stały od wieków, a co najważniejsze – nikomu nie wadzą.

Majstersztykiem w hołdzie dla Południa są oczywiście filmy Emira Kusturicy. Geniusz, istny wirtuoz, który z jugosłowiańskiej przaśności potrafi zrobić koloryt. Z finansowej biedy potrafi wyłuskać niewielkim kosztem bogactwo duchowe. Z rzeczy, które nam wydają się „niewyobrażalne”, robi normę, z którą tamtejsi ludzie spokojnie żyją. Wszystko jest stare, lekko przykurzone, pordzewiałe, ale nie zapuszczone. W tym podniszczonym przez naturę i historię świecie ludzie żyją sobie wesoło i nie potrzebują do tego modnych klubów, wielkich hoteli i ogromu pieniędzy. Dalej wystarczy wspomnieć słynnego już „Greka Zorbę” czy czeskie „Postrzyżyny”, gdzie na przykładzie ściętych włosów przepięknej kobiety (może to śmieszne, ale ona mi się cholernie podoba!) twórcy pokazują, do czego może prowadzić taki pęd ku nowoczesności.

Mam też wrażenie, że cechą charakterystyczną naszej, północnej kultury, jest ocenianie wszystkiego i wszystkich naokoło, co zresztą często sam robię. Znam jednak człowieka, który jest święcie przekonany, że wie wszystko na każdy temat i właściwie nie ma mądrzejszej od niego osoby. To mnie pociesza, bo sam nie jestem dzięki temu najgorszy. Niemniej jednak warto wspomnieć, że Północ to głównie kultura, gdzie obecna jest pochwała miasta. Przodują w niej czasem Warszawiacy, którzy twierdzą, że inne miasta Polski to „wiocha” – nie wiem tylko, po co nas tak nazywać, jeżeli się nam po prostu dobrze żyje.

Bardzo mi się też rzuca w oczy różnica w lansowanych modelach odżywiania się i traktowania swojego organizmu. Na Północy dominuje zupełnie nienaturalny styl życia – z jednej strony ludzie jedzą, co popadnie, a z drugiej ascetycznie odnoszą się do swoich ciał. Zamiast się przejść kawałek, wolimy hodować garba w samochodzie, a zamiast zjeść śniadanie wolimy wchłonąć jakieś paskudztwo w tak zwanym międzyczasie. Oszczędzamy w ten sposób czas, który potem musimy przeznaczyć na… leczenie tego, co sami zepsuliśmy. Jak pijemy alkohol, to przede wszystkim wódkę (im bardziej na północ, tym więcej), która nie jest ani smaczna ani nie wpływa dobrze na nasze zdrowie. Nasze piwa stały się chamską, prostacką, zmechanizowaną produkcją wodnistej masy w puszkach, zanikły tak cenione niegdyś (zwłaszcza za czasów Austrii!) wiejskie, regionalne, małe browary. Z kolei na Południu ludzie w zdecydowanej większości jedzą, co chcą, żyją jak chcą, palą na potęgę, ale z samej ich natury wynika chęć zażycia ruchu – więc efekt jest ten sam, a nawet lepszy niż u nas, tyle że oni są szczęśliwi, bo rzadko muszą sobie czegoś odmawiać, zwłaszcza że ogromne ilości wina pomagają strawić niemal wszystko.

Kolejna myśl, jaka napłynęła mi po obejrzeniu świetnego filmu „Człowiek z tatuażem”, to nasze, północne, chorobliwe zamiłowanie do kontaktu z całym światem. Aż nie mogę się powstrzymać, żeby nie wspomnieć… swego czasu jeden z moich mikronacyjnych znajomych wyraził chęć wzięcia na nasz mazurski wypad swojego laptopa i uznał to za oczywiste i całkiem normalne. Serce mi zamarło, a oczy wychodziły prawie z orbit. LAPTOP?! NA JACHT?! Podczas ODPOCZYNKU od całej rzeczywistości?! Na litość Boską! Gdzie te czasy, kiedy kontakt z resztą świata był przekleństwem? Bywają w Chorwacji wyspy, na których mieszka niewiele osób, które zresztą w nosie mają informacje z reszty świata. Po co im wiedzieć, kto kogo zabił, kto został prezydentem czy kto wywołał wojnę? Im wystarczy wiedzieć, że jakiś tam Žejlko właśnie wypiekł chleb i trzeba iść po niego na koniec wyspy. Samochód? A po co? Co mają lepszego do roboty? A może po drodze kogoś się spotka i pogawędzi?

Oczywiście zupełnie inną rzeczą jest w tym ujęciu kultura rosyjska, która – choć bardziej północna niż południowa w swych dążeniach – jest też mieszanką hierarchicznej mentalności azjatyckiej i rozpustnego bizantyjskiego stylu życia. Najbardziej jednak nie jestem w stanie strawić tego, co reprezentują sobą Amerykanie. Ludzie, którzy uwielbiają, gdy wszystko jest w zasięgu ich ręki (i sposobu myślenia), kochają schematy, prostotę i masowość. O ile cenię ich za wiele wspaniałych cech, o tyle do białej gorączki doprowadza mnie ich chęć uformowania całego niemal świata na swój obraz – i to obraz tak pierońsko nudny, że się chce umierać.

Fantastyczną rzeczą są też złe cechy. My ludziom Południa zazdrościmy. Nasza zawiść wyraża się w narzekaniu, że Włosi, Grecy czy Portugalczycy nic nie robią, tylko ciągle mają sjestę. Tak samo wspaniale brzmi narzekanie na Włochów czy Francuzów, że nigdy nie umieli nic wygrywać, każdą wojnę przegrywali. Kłopot w tym, że skoro Włosi mieli tak piękny kraj, to po co mieli zdobywać inne? A Francuzi? Cóż… i tak kultura polska czy niemiecka nigdy nie dorówna francuskiej, nasze kraje nigdy nie będą tak piękne i tak oblegane, a my nie będziemy tak dobrze znali się na estetyce. Z drugiej strony oni chyba zazdroszczą nam przedsiębiorczości i pracowitości. Kiedy Włosi widzą kogoś spieszącego się w czasie sjesty, od razu z pogardą komentują, że dał się „spolakować”. Z pogardą, owszem, ale podszytą strachem – o własny dobrobyt, o własną pracę.

Z tego smutnego obrazu wyłoniła mi się znowu tęsknota za starą, dobrą Austrią – krajem kilku dużych, spokojnych miast i niezliczonej ilości sielankowych wiosek, gdzie w każdym powiecie znajdzie się osobny browar, a życie toczy się niespiesznie, w zgodzie z naturą. Ludzie są przyjaźni, czasem się tylko pobiją w knajpie, dużo się śmieją, są weseli i wiedzą, że ich życie na pewno się jakoś dobrze ułoży. I z jednej strony nasuwa mi się refleksja, że to se ne vrati i nigdy nie będę mógł wyzwolić się ze swojej północnej mentalności, z drugiej zaś – że chyba jest się z czego cieszyć, że żyję jednak w dawnej Galicji.

“Ze mną się nie napijesz?!”

Na początku się pochwalę, będę pyszny i zuchwały. Otóż dostałem order, ba – zostałem pasowany na kawalera tegoż wspaniałego dzieła małych, chińskich rączek. Pasowanie odbywało się nie żadnym szczerbcem czy jakimś innym poślednim ostrzem, ale najprawdziwszą Finlandią, niestety już pustą. Jednocześnie wraz z orderowym mottem – z wódką na pierwszym, a prawem karnym na ostatnim miejscu – otrzymałem informację, że jestem przykładnym obywatelem, jako że aby na tę skromną uroczystość się udać, zdecydowałem się na wyzdrowienie w domu, co oznaczało opuszczenie zajęć ze wspomnianego już prawa karnego. To wszystko, oprócz wielkiej dumy, napełniło mnie gorzką refleksją na temat czci, jaką darzymy alkohol, który akurat w postaci wódki ma uwielbienie odwrotnie proporcjonalne do smaku.

Już w czasach nauczania początkowego uczono niemal wszystkie polskie dzieci ogromnego szacunku dla chleba. I chociaż miało to niestety głównie wymiar materialny – to znaczy nie wpajano nam, że ten chleb jest symbolem owoców ciężkiej, uczciwej pracy, a po prostu ważną częścią menu – to jednak coś z tego pozostało w pamięci. I tylko z tym wydaje mi się podobna ta szaleńcza miłość do alkoholu, tak jakby jego wartość była większa niż ta, na którą wskazuje wyświetlacz kasy fiskalnej. Oczywiście zaraz mnie wszyscy będą oskarżać o niemoralność, być może nawet mi odbiorą order. Swoją drogą ogólnie ciekawi mnie reakcja na ten tekst.

Rozpocząć można od szacunku do samej substancji jako całości. Zawsze wpajano nam, że chleba nie wolno wyrzucać do kosza, że jeżeli jest stary, to można dać zwierzętom. Występuje jako podstawowy symbol pożywienia nie tylko religijny, ale i ogólnoludzki – kiedy w latach PRL odbywały się strajki i protesty, żądano na przykład „chleba i wolności” – to samo podczas innych demonstracji, niekoniecznie w Polsce. Tak samo mówi się, że „wyjeżdża się za chlebem” – o, i tu chleb na chwilę zwycięża w wyścigu, bo za wódką raczej nikt jeszcze nie wyjechał, a przynajmniej o tym oficjalnie nie mówił. Z drugiej strony jakim grzechem jest „wylać za kołnierz”! Ileż karcących spojrzeń spotkało ludzi, którzy dokonali tegoż jakże okrutnego czynu!

Przypomina mi się też, że mój szanowny ojciec był łaskaw „oświecić” mnie czymś w rodzaju „przypowieści”, kiedy to szedł ze swoimi znajomymi, a dzierżycielowi butli z wodą życia zdarzyło się, iż ją upuścił. Mąż ów odważny sokolim wzrokiem ujął rozpaczliwy widok rozbitego szkła, odnalazł górną część z zakrętką i upiwszy z niej nieco, ulżył sobie choć trochę w niedoli. Zaprawdę godne podziwu!

Osobną rzeczą jest kultura słowna – istnieje bowiem cały szereg lepiej lub gorzej znanych sentencji, które mają zagrzewać biesiadników do wspólnego spożycia. Zacznę od ulubionego tłumaczenia, iż szkło jest łaskawe się męczyć. Dlaczego jest moim ulubionym? Wychodzi z niego taka cudowna troska o opakowanie naszej eau de vie, jakiej często nie przejawiamy nawet wobec innych ludzi – wtedy więc można popatrzeć, jak nagle czarny smok z ćwiekami i łańcuchami (oczywiście bez żadnych niebłagonadiorżnych aluzji!) zamienia się w troskliwego misia, który gotów jest się rozpłakać, gdyby czasem szkło zająknęło się o swoim zmęczeniu.

Można powiedzieć, że fascynującym kompromisem są zagrzewające do picia poematy. Z jednej strony wymaga się od nich tego, by były pewnym rodzajem sztuki, z drugiej zaś – nie mogą być zbyt długie, bo… szkło się męczy! Logiczne, prawda? Zachwycające jest, jak bardzo to są logiczne sprawy… Wspaniałej poezji jest oczywiście mnóstwo, wystarczy wymienić „chluśniem, bo uśniem”, „zdrowie wasze w gardła nasze”, a także wspaniałe sentencje z Krajów Korony Świętego Wacława, w stylu: „Kdo napije s náma, pije proti nám!” czy też „Hospoda a pití to je naše živobytí!”

Jednakże najbardziej zdumiewający dla mnie samego jest rytuał otwierania tegoż hołubionego płynu. Jeżeli sądził ktokolwiek, że aby zobaczyć skomplikowane ruchy, z których trudno coś zrozumieć, trzeba jechać do Afryki, to jest w błędzie. Wystarczy przyjechać do Polski, a tam rozmaici magicy i czarodzieje zaczną wyczyniać takie rzeczy z ręką, łokciem i butelką, że szamani abisyńscy mogą się schować. Niestety jednak zasmucę tych, którzy liczyli, że zobaczą u mnie taki pokaz umiejętności – nigdy nie byłem na tyle zdolnym dzieckiem, by to pojąć, czy jak mówi klasyk, „przykumać te kocie ruchy”.

Nieco pomieszałem, bo wtrącę tutaj coś o genesis, które zwykle jest szukaniem okazji, przy czym nie wspomnę już o zdaniu zamieszczonym w tytule jako oczywistym i zbędnym. O ile oblewanie zdanego (oblanego zresztą też) egzaminu, urodzin, imienin, szczęśliwej lub nieszczęśliwej miłości, sukcesów (i porażek) zawodowych jest już przeogromnym katalogiem dla przeciętnego obywatela świata (nie liczymy rosyjskiej dziczy i krajów północnej Europy), o tyle szukanie okazji jest czymś wspaniałym. Nagle z nudnego, niekreatywnego hipopotama, niemal każdy potrafi zmienić się w pomysłowego Dobromira. A jakby jeszcze dać mu jakiś kalendarz z ważniejszymi bitwami historycznymi… ha, wtem nagle stajemy się królem Leonidasem, Napoleonem, Wilhelmem Zdobywcą, a nawet samym Najjaśniejszym Panem Franciszkiem Józefem, który oby żył wiecznie! Po dziesiątym kwietnia możemy nawet pić, „bo Smoleńsk” – czemu nie? Choć osobliwie często zdarza się nam w swoim gronie degustować wodę życia ze względu na środę.

Swego czasu nawet w brytyjskiej – a więc najbardziej rozwiniętej – marynarce wymyślono toasty na dni tygodnia. Poniedziałek: za naszą łajbę kochaną, wtorek: za tych, co na morzu, środa: za nas samych, czwartek: za stary, dobry port, piątek: za burzliwe morze, sobota: za żony i kochanki (oby się nigdy nie spotkały!), niedziela: za nieobecnych przyjaciół. Fascynujące, nieprawdaż? Nadto, jak słyszałem, od kiedy jakiś król brytyjski uderzył się w królewską głowę, na statkach toasty wznosi się na siedząco. Cóż za troska o pijącego człowieka!

W tym, co napisałem, można czasem doszukać się krytyki tych zwyczajów i zasad, tudzież ich wyśmiewania. Powiem szczerze – jest zupełnie odwrotnie. Nie znoszę picia dla samego picia (zwłaszcza z urwanym filmem i bolesnymi obstrukcjami żołądkowymi), natomiast wprost uwielbiam, kiedy coś jest nieco bardziej, nawet na wyrost, skomplikowane czy też utrudnione. Jest to oczywiście w moim przypadku niepotrzebne, bo zwykle spotykam się z tak ciekawymi ludźmi, że nie musimy podtrzymywać dyskusji. Ale im bardziej coś jest niepotrzebne, tym bardziej wydaje mi się piękne. Tak już mam, niestety.

Cała ta misterna sieć mniej lub bardziej niezrozumiałych zasad niestety rozpada się, gdy chodzi o coś, czego zupełnie nie pojmuję. Mianowicie: komu, tyle lat przed tym, jak w Polsce studiowanie stało się popularne, przyszło do głowy, by wódkę nazwać po łacinie wodą życia, aqua vitae, co przekłada się na przykład na francuskie eau de vie? No cóż, tego widać nigdy nie pojmiemy, ale – jak sądzę – staramy się. I na koniec życzenia wielkanocne: nie spijcie się w święta! Bądź co bądź, to nie wypada… No to na drugą nóżkę? No jak to? Ze mną się nie napijesz?!

Walentynki, czyli swoista rocznica, albo rzymska orgia

Nie wiem, czy ktoś pamięta, ale rok temu właśnie w okresie okołowalentynkowym rozpocząłem spisywanie swoich skromnych przemyśleń na internetowy papier. Niewiele się w aktualnym ostatnio temacie zmieniło od tego czasu – nadal nie bardzo umiem sobie wyobrazić siebie z jakąś wspaniałą, piękną istotą, trochę się też chyba takiej ewentualności wystraszyłem i mi nie przeszło. Znajomi zaczęli już na poważnie zastanawiać się, czy – tak jak swego czasu brytyjskiemu królowi – nie podsunąć mi jakiejś czarującej damy, bym i ja czasem poczuł się zniewolony. Szczęśliwie ich wysiłki nie są zbyt szeroko zakrojone i raczej przychodzi mi odpierać działania zaczepne aniżeli potężny blitzkrieg. Czuję się wobec tego wspaniale wolny i fakt tej boskiej niezależności masuje mi mózg z delikatnością i dobrocią jakiejś pięknej damy. To budujące, nieprawdaż?

Wielokrotnie mówiono, że Walentynki nie obchodzą tych, którzy nie bardzo mają je z kim spędzić. Cóż, oswoiłem się już (jak widać wyżej) z tą myślą i nie spodziewałem się niczego nadzwyczajnego. A jednak właśnie czternastego lutego obchodziłem nadzwyczajnie i tak, jak nigdy dotąd. W dodatku, z bardzo dużą ilością pięknych dam! Hm, zaraz pewnie ktoś sobie pomyśli, że stałem się świntuchem i okropnym samcem. Spokojnie, spieszę z wyjaśnieniem – miałem nieskrywaną przyjemność zdawać poprawkę z prawa rzymskiego wraz z wieloma pięknymi i uroczymi kobietami. No, i kto miał lepsze Walentynki?

Zmierzam jednak do czegoś innego. Patrzę na to trochę z boku. Bowiem tacy ludzie, jak ja, którzy nie bardzo mają z kim spędzić to święto, niezwykle często ostentacyjnie podkreślają, jak bardzo jest ono według nich żenujące, czym oczywiście pokazują w ogromnej większości swoje niezadowolenie i wszystko, tylko nie to, że ich nie obchodzi. Z ulgą jednak stwierdziłem, że mnie to nie dotyczy, bowiem nie czułem się specjalnie niezadowolony, że nie jest to moje święto – wszak zakochany raczej nie jestem. Jest to po prostu fakt i zdaję sobie sprawę, że gdyby było inaczej, to zapewne spędziłbym wtedy jakiś uroczy wieczór z jeszcze bardziej uroczą damą.

Dobra, Franz, ale do meritum… otóż ci wszyscy niezadowoleni zaczynają jojczeć i uderzać w tony jakościowe. Że Walentynki są denne, że durne, że tandetne, że prostackie… No na litość Boską! W 80% SĄ! I co z tego? Ludzie kochani, przecież to, że Wy jesteście inteligentni, wysublimowani i macie głębokie uczucia nie znaczy, że wszyscy tacy muszą być! Dlaczego oczekuje się, że skoro społeczeństwo zawsze będzie różnorodne – pod względem majątku, klasy, wykształcenia, inteligencji – to wszyscy nagle muszą być niezwykle wysublimowanymi osobami? Dlaczego jeżeli szczytem marzeń dziewczyny jest otrzymać sześćdziesiąt tandetnych miśków i serduszek, to ma ich nie otrzymać? Dlaczego ma zmieniać swoje upodobania? Ludzie, którzy dbają o swoje wykształcenie, mają kretyński zwyczaj hodowania wizerunku świata na swoją modłę. Oburzają się, że w książce o robotnikach czy żołnierzach jej bohaterowie nie mówią najczystszym językiem, albo że w filmie uczucia rolnika są proste. Przecież to jest życie, a robienie z wszystkiego salonu jest naprawdę idiotyzmem.

Przypomina mi się w tym wszystkim arcynudna produkcja polska okresu PRL-u pod tytułem „Jan Serce”, opowiadająca o kanalarzu przeżywającym rozterki uczuciowe godne cierpień młodego Wertera. Kanalarz-romantyk? Czyż naprawdę musimy wszystko zrównywać? Czy naprawdę wszystko musi być takie jednakowe? Przecież to zdrowe, że jedni ludzie są bardziej wysublimowani i wrażliwi, a inni mniej. Jeżeli kobieta pachnąca po solarium spalonym kurczakiem chce ubierać się na różowo i biało, to co komu to przeszkadza? Dobrze, jest prosta, jest nieskomplikowana, może nawet się nie szanuje. Ale czy ktoś każe się Wam od razu nią interesować jako kobietą? Nie podoba mi się (a takie mi się w ogóle nie podobają, o czym większość z Was doskonale wie), to trudno, myślę że nie będzie płakać z tego powodu. Ale po co mam od razu mówić tak, jakby tylko moje podejście do życia było słuszne? Przecież NIE KAŻDY musi być inteligentny, NIE KAŻDY musi być kulturalny, NIE KAŻDY musi mieć głębokie przeżycia.

Ten eklektyzm i egalitaryzm mnie przeraża. Mówiąc o Walentynkach – niech te osiemdziesiąt procent zainteresowanych nimi je obchodzi tandetnie, a czy my musimy to robić? Oczywiście, że nie, możemy się wykazać inwencją i na przykład zrobić sobie walentynkowy spływ krą po Wisłoku (hm, fajny pomysł, tylko akcja ratunkowa pewnie kosztuje – ale cóż byśmy nie zrobili dla miłości?). To zjawisko spowszednienia i ujednolicania jest też powszechne w naszej codzienności czy kulturze. Najpierw czepię się filmów. Dziś prawie nie ma już prawie typowo męskich czy typowo kobiecych filmów. Weźmy na warsztat dzieła sensacyjne – kiedyś taki sztandarowy Bond nie znalazłby widowni wśród kobiet, bo był tak jawnie szowinistyczny, że gdyby to było dziś, podniosłoby się tak zwane święte oburzenie. Natomiast dzisiejsze tego typu filmy muszą obowiązkowo zawierać wątek miłosny, bo – a nuż – parę kobiet go jeszcze oglądnie. W efekcie wychodzi film dla każdego, ale i dla nikogo. Drugą rzeczą, która mnie oburzyła doszczętnie, jest powstanie paskudnego, czterodrzwiowego Porsche. Na litość Boską! Czy austro-węgierski inżynier, Ferdynand Porsche, nie przewraca się w grobie, gdy widzi tę pokrakę? Przecież to zawsze były samochody sportowe, a nie rodzinno-sportowe!

Miałem czepić się jeszcze matury i edukacji, ale uznałem, że nie jestem w stanie tego zrobić bez obrażania szerokiego gremium. Na koniec tylko wyrażę ciekawość, jak będą wyglądać następne Walentynki, bo na spędzanie ich tak, jak ostatnio nie mam ochoty, a myślę też, że do tego czasu przestanę cenić sobie tak bardzo swoją wolność. Jestem jednak pewien, że jeżeli w ogóle będę je obchodził, to z pomysłem i z klasą (ta kra wydaje się być niezłą ideą!), a przede wszystkim z jakąś czarującą damą. Ale – co najważniejsze – tak jak dziś, będę miał głęboko w nosie, czy ktoś rajcuje się w ten dzień tandetą, czy też nie. Bo to w końcu jego sprawa. Z przyjemnością za to będę opieprzać tych, którzy – niezadowoleni – będą siedzieć i krytykować całą resztę. Niech się wezmą za coś porządnego. Na przykład prawo rzymskie.

Dużo mówimy, mało rozmawiamy

Podczas, gdy naokoło tyle naturalnego, rześkiego piękna, a jednocześnie w oczy rzucają się tabuny wybitnie kretyńsko obrażonych z zimą ludzi, jak nigdy pojawiła się okazja, by sobie coś przypomnieć. Sięgnąłem bowiem do odmętów pamięci i wydostałem z nich pewien tytuł artykułu, który miałem przyjemność czytać dobrych parę lat temu na łamach jednego z naszych czcigodnych tygodników. Postanowiłem, że zima, kiedy to ludzie winni być jednak do siebie cokolwiek bardziej zbliżeni, jest dobrym momentem na zastanowienie się, dlaczego właściwie mówimy ogromne ilości rzeczy z prędkością karabinu Schwarzlose, ale rozmów między ludźmi jakoś brakuje. Przy tej okazji jednak chciałbym trochę porozwodzić się nad zimą, by płynnie przejść do właściwego tematu. Pewnie jakąś ćwierć znajomych stracę lub zdołam obrazić, ale trudno.

Otóż wraz z zimą odniosłem wrażenie, że się nam poprzewracał system wartości i właściwe dla różnych pokoleń zachowanie. Zwykle było tak, że starsi byli nieco konserwatywni, bardziej skłonni do narzekań i mniej ufni – także i zima robiła z nich jeszcze bardziej zgnuśniałych i zakurzonych. Z kolei nasze, studenckie pokolenie zazwyczaj charakteryzowało się idealizmem, upiększaniem świata i wielką ufnością – toteż z zimy czerpaliśmy radość: a to można było ulepić bałwana przypominającego jakiegoś wykładowcę, a to można było się porzucać śnieżkami. Dziś jednak sytuacja się odwraca. Starsi ludzie widząc w TVN24 specjalistów od survivalu i reporterów “przeżywających atak zimy” pukają się w czoło, natomiast jak tak słucham znajomych (Tomku, proszę, nie czytaj tego, bo się obrazisz), to zaczynają zachowywać się niczym stare, zgnuśniałe dziadki. Ględzą, że śnieg to niech będzie tylko w górach (i to ci, którzy nie jeżdżą nawet na nartach), że są wielce pokrzywdzeni, że cierpią, że jest źle… Wyjść na spacer, przejść się – to już prawie niemożliwe. Najlepiej, żeby wszystko podsunęli pod nos, grzali i żeby w ogóle było cacy.

Wydaje się, że w takich okolicznościach przyrody, załóżmy: nieprzychylnych, winniśmy być sobie bliżsi, trochę się nimi bawić (choćby rzucając się śnieżkami czy idąc na sanki!), a przede wszystkim: być bardziej skorymi do rozmów. Nic bardziej mylnego! W dzisiejszym, tak zwanym “społeczeństwie informacyjnym”, ważna jest wspomniana już informacja – którą ktoś ma nam powiedzieć, a nie porozmawiać z nami na jej temat. Sam zresztą popełniam ten błąd – nie znoszę rozmawiać o swoich problemach, toteż nawet osoby, które mnie nieźle znają, mają bardzo mocno zniekształcony obraz i o wielu rzeczach po prostu nie mają pojęcia. No, ale wracamy do tematu.

W chwili, kiedy mamy do dyspozycji tak wiele środków, pozwalających nam rozmawiać zdecydowanie częściej, niż kiedyś, rozmowy stały się ułomne. Przestaliśmy doceniać całe dobro, jakie ze sobą niosą – informacje przekazywane raz na jakiś czas mogą teraz błyskawicznie wylądować u odbiorcy, zupełnie bez kontaktu. Możemy zostawić wiadomość na skrzynce, w komunikatorze, napisać ją SMS-em czy nagrać na pocztę głosową. Przyzwyczailiśmy się do krótkich zdań i komunikatów – gdy ktoś nam przekaże coś dłuższego, to albo my się nie możemy w tym połapać, albo – co gorsze – gubi się sam nadawca.

Zaczyna się to dziać także w wielu domach, gdzie ludzie ze sobą żyją, ale nic o sobie nie wiedzą. Ile razy jest tak, że witamy się z rodzicami i czujemy lekkie zażenowanie, bo właściwie nie wiemy, o czym tu rozmawiać? Albo – co gorsze – uznajemy, że rozmowa w ogóle jest niepotrzebna? Niezwykle często przecież wspólny obiad (i to po wielkich zabiegach najbardziej “rodzinnej” persony z całego grona) jest jedynym momentem, kiedy ludzie ze sobą rozmawiają – a najczęściej i tego brak, więc nie widzimy się nawet przez kilka dni, mimo że razem żyjemy. Kiedyś, jak wiele rodzin było mniej zamożnych, to przynajmniej spotykano się przy telewizorze. Dziś nawet nie umiemy się dogadać w sprawie doboru programu (a dałoby się!), więc kupujemy po kilka telewizorów. W efekcie odzywać do siebie zaczynamy się dopiero, kiedy jest jakiś problem i w dodatku nieco się spóźniamy z rozwiązaniem. Niezwykle często też, kiedy czegoś potrzebujemy, wolimy kogoś zawołać niż samemu się pofatygować – zamiast porozmawiać o problemie, wolimy przekrzywkiwać się z jednego pokoju do drugiego.

Charakterystyczne jest to u starszego pokolenia, które zwyczaj, że wypada ze sobą porozmawiać, nadal podświadomie trzyma. W efekcie, kiedy na przykład nasze babcie nie są już w pełni dawnych władz umysłowych, dla podtrzymania rozmowy potrafią niemal doprowadzić do irytacji powtarzając zdania w stylu “Tak to jest, tak to jest…”, “Oj, jak ten czas szybko leci” albo “To mówisz, że parę lat temu chodziłeś do podstawówki?” I to wszystko mimo faktu, że wielu starszych ludzi nosi w sobie tyle niepowtarzalnych historii czy wspomnień! Z jednej strony więc uważają, że nie mają nic interesującego do powiedzenia, a z drugiej – wiedzą, że “wypada” kontynuować rozmowę.

Właśnie – coś interesującego do powiedzenia! Jeszcze jakiś czas temu w tak zwanym “towarzystwie” dobrze było być osobą mądrą, elokwentną, obytą. Kiedy się rozmawiało o filmach czy książkach, to można było z przyjemnością posłuchać takiej dyskusji – bo też i ludzie rozmawiali o niezłych pozycjach kulturalnych, a wspomnienie filmów w rodzaju “Eurotrip” czy “American Pie” równało się ostracyzmowi i wyklęciu. Dziś natomiast, jak ktoś chce coś powiedzieć i być zrozumianym, to musi to być krótka wypowiedź złożona z prostych zdań, koniecznie zakończona jakąś śmieszną pointą. Bo generalnie, jak coś nie jest śmieszne, to “nikogo nie obchodzi”.

Obserwuje się to szczególnie w tak zwanym biznesie rozrywkowym, gdzie mnóstwo jest aktorzyn, które nie mają nic ciekawego do powiedzenia. Kiedyś, jak na scenę wyszedł Gołas czy Kobuszewski, to bez durnego przebierania się, potrafił samymi słowami rozśmieszyć publiczność – i to w inteligentny sposób! Dziś za to banda idiotów krzyczy i skacze w strojach, których kolorystyka zawstydziłaby niejedną Paradę Równości – ale wielkiego efektu z tego nie ma. Są jeno widzowie, którzy śmiać się muszą, bo zapłacili dużo za bilet.

Zastanawiałem się też, z czego to wynika i wpadłem na to, że po prostu przenosimy na nasz sposób rozumowania i rozmawiania to, co czytamy. Ludzie, z którymi można naprawdę ciekawie porozmawiać, przeczytali w swoim życiu trochę książek (i to nie z tej niżej sytuowanej części fantastyki) przeróżnych autorów i niezwykle różnorodnych gatunków, albo coś ciekawego przeżyli. Reszta natomiast zadowala się prostymi komunikatami prasy internetowej, gdzie dominuje słowo “szok” i proste zdania, a przede wszystkim – co aktualnie dla naszych rozważań najważniejsze – proste, jednostronne wypowiedzi. W książkach przecież jest wiele dialogów, wielokrotnie złożonych zdań, a to już jest dla niektórych trudne do zrozumienia.

Na koniec pozwolę sobie przytoczyć przykład, kiedy to pewna znajoma była łaskawa zainteresować się tymi artykułami i poprosiła o adres do któregoś z nich. Efektem był tylko krzyk rozpaczy, brzmiący: “Ale to długie!” No cóż, ona już dawno ze mną nie rozmawia, a ci, których mógłbym jeszcze tym tekstem obrazić, pewnie zrezygnowali z jego lektury na początku. Trudno, jakoś przetrwam. Najwyżej będę wyklęty, straszne. Przy okazji, zwierzę się, że ostatnio ktoś mi postawił trafną diagnozę, że za bardzo boję się stracić swojej wolności. I schluss.

Powrót, nie wiem czy wielki, ale na pewno interesujący.

Długo nie pisałem, prawda? Ano… dorwał mnie okrutny spleen, nie wiedziałem, co ze sobą zrobić, nosiło mnie… nagle nastąpiło kilka zdarzeń. Jedno z nich – zbawienna dla mojego humoru wizyta u pewnej pięknej damy – było natychmiastowe i stanowiło pointę dla reszty nieco wolnielszych procesów. Dziś więc wezmę sam siebie na warsztat i na własnym – pewnie i tak zniekształconym – przykładzie opiszę, jak to sami siebie wpędzamy w nastrój godny poranka po potężnej niczym limanowska szarża nocy, rzecz jasna uroczyście spędzonej. Zamierzam jednocześnie pisać nieco nostalgicznie, w tęsknocie za starymi, dobrymi czasami. Uprzedzam jednak, że może wyjść niekoniecznie to, co tu zapowiedziałem, ale tak to już bywa, c’est la vie.

Oto ja, piewca rannego wstawania, radości życia i spokoju, nieświadomie lekko zanurzałem się w toni beznadziei, prawie tak koncertowo, jak robił to Okręt Jego Majestatu “Szent Istvan”. Brak możliwości kontaktu z moją ulubioną przecież damą, jacyś dziwni ludzie wątpliwej proweniencji, każący mi się uczyć niemniej dziwnych rzeczy, doskwierający niedobór Najjaśniejszej Pani, iście rosyjska dezorganizacja życia, brak poczucia bycia potrzebnym, zanik zdolności pisania i wiele, wiele innych czynników nałożyło się na to, że na swój temat mogłem wysnuć jedynie litanię beznadziejności do Świętego Beznadziejnika z Beznadziei. W momencie, gdy nałożył się na to fakt zawieszenia moich nieustających studiów nad tematyką naddunajską, musiałem się zastanowić. Nie trwało to długo, kiedy zorientowałem się, że dawno nie było na moim stole wesoło mieniącej się paprykowymi barwami słynnej zupy rybnej Halaszle, a powieść Haszka wymaga odkurzenia. Himmellaudon, tak być nie może!

Trzeba było na poważnie wziąć się za siebie – nie jakieś tam używki, papierosy czy alkohol. One bowiem pomagają w rozmyślaniach nad sensem życia, ale jednocześnie przeszkadzają w osiągnięciu jakiegoś sensownego efektu tych rozważań. Sytuacja była cokolwiek dramatyczna – brak chęci objawiał się okrutnie, nakładając się na chroniczny brak czasu. Gdy brak u boku kogoś, kto w ogóle interesował się stanem człowieka – prawie tak, jak Katarzyna Schratt interesowała się stanem Najjaśniejszego Franciszka Józefa I (oby żył wiecznie!) – ów stan odbija się na całym otoczeniu.

Remedium się znalazło – opanował mnie cesarski i królewski patriotyzm. Gdy wrócił – a niebagatelne znaczenie miało w tym porządne, czeskie, wielkopopowickie piwo – znów byłem piewcą teorii, że żyję w okresie tymczasowej polskiej okupacji, a kiedy spotkałem się ze znajomymi, ochoczo salutowałem w rytm wyśpiewywanej przeze mnie “Hercegowiny”. Na powrót dostawałem apopleksji widząc złodziejstwo z Saint-Germain i Trianon, a odkrywszy, że “Szwejk” dawno żałośnie kurzył się nieczytany, dokonałem w myślach samobiczowania. Wtedy też, niczym zbawienne gorlickie przełamanie frontu, uderzyła we mnie możliwość odwiedzenia wzmiankowanej już czarującej damy, dzięki której dawna stolica austro-węgierskiej części okupowanej Kongresówki jest w ogóle warta wizyty. Kiedy udało mi się tej wizyty dokonać przy pomocy w miarę punktualnych kolei państwowych, uznałem że Opatrzność nade mną czuwa. Wtedy też – już podczas powrotu – zrodziła się we mnie myśl, że jednak nie jest tak beznadziejnie, jak sobie to wyobrażałem i może warto pójść o krok dalej – powrócić do tych wpisów. Gdy idea zaczęła kiełkować, pojawił się temat. Jak zawsze, delikatnie pieścił zwoje mózgu, by wreszcie dotarło do mnie, że jest coś, o czym nie pisałem. Grzech, który sam w jakimś stopniu popełniam, pisząc te wpisy. O ile jednak za brak c. i k. patriotyzmu czuję się winny i odbyłem pokutę, o tyle z pisania raczej nie zrezygnuję.

Zresztą – właśnie ten tekst miał poruszać tę rzecz, a miał nosić tytuł “Dużo mówimy, mało rozmawiamy”. Ale że rozpisałem się już nieco w innej kwestii, to pozwolę sobie zakończyć i obwieścić wspomniany już temat – i jednocześnie mój grzech – jako następny, któremu się poświęcę. Jestem wielkim zwolennikiem doświadczeń, wydarzeń i zwyczajów, które powstały spontanicznie i niekoniecznie były odgórnie zaplanowane, ale za to mają w sobie jakąś wariację, zawierają dodatek, łagodnie odskakują od głównego nurtu, by delikatnie doń wrócić, dodając to i owo. Zatem zachęcam tych, którzy jeszcze o mnie nie zapomnieli, do kilkudniowej cierpliwości.

Wojna z płcią

Na początku pragnę podziękować Magdersowi za podsunięcie pomysłu na tytuł – problem był z jego wynalezieniem niemały, a w dodatku wielce absorbujący. Ha, nie wiem nawet, czy do końca owego skromnego tekstu utrzymam temat, ale macie słowo starego monarchy, że się postaram. Chodzi mi o coś, co fachowcy nazywają maskulinizacją kobiet i feminizacją mężczyzn. Nie, nie robi się ze mnie nagle przeciwnik równouprawnienia, nie zacznę też uważać za kwintesencję kobiecości słynnego niemieckiego Kinder, Küche und Kirche. Z drugiej strony – być może Niemcy nie potrafili znaleźć innych zastosowań dla swoich “pięknych” kobiet? Cóż, ostatecznie w Austrii (w tej republikańskiej! w Monarchii były ładne) też wszystko jest piękne – i to chyba głównie po to, by przyćmić pewne braki u tamtejszych kobiet (acz nie wszystkich!). No, to by miało sens, aczkolwiek jest to temat na rozprawę naukową, a nie na moje rozważania, które mogą prowadzić do tego, że kilka koleżanek nie będzie się chciało do mnie odzywać – tak jak to było ostatnio.

Ale dlaczego, na litość Boską, w Polsce – gdzie kobiety są przecież nadzwyczaj piękne (zwłaszcza te, z którymi zdarzyło mi się zatańczyć – że się tak uśmiechnę z łobuzerskim mrugnięciem) – dopuszczamy do takiego stawiania sprawy? Czyż naprawdę okres szaro-burej Polski Ludowej wywarł na nas aż takie zmiany? Cóż się stało, że ostatni obrońcy bastionu wiedeńskiego całowania w rękę powoli składają broń przed prostą i nieskomplikowaną amerykańską kulturą relacji damsko-męskich, która mami ich idyllicznymi wizjami nietrudnych “zdobyczy”? Okazuje się chyba, że rację miał Adaś Miauczyński mówiąc, że nie wymaga się od nas, byśmy byli w stu procentach kobietami czy mężczyznami.

Jakiś czas temu miałem wątpliwą przyjemność uczestniczyć w spotkaniu, gdzie ktoś – przy damach! – określając kobietę (nieważne, jaką!) użył sformułowania czteroliterowego, tożsamego z tylną częścią ciała. Zadziwię pewnie grono czytelników, ale wcale nie wydało mi się to straszne, choć było – co jasne – niewłaściwe. Najgorsze dla mnie było to, że owe damy nawet nie zwróciły na ów fakt uwagi! Moje drogie panie, dlaczegóż właściwie niemalże niczego od nas nie wymagacie, gdy chodzi o zwykłe, codzienne życie? Naprawdę, niewielu jest ludzi, którzy wymagają od siebie także wtedy, kiedy inni od nich nie wymagają.

Kiedyś zdarzało mi się uczestniczyć w rozmaitych dyskusjach o równouprawnieniu, i cóż… to było straszne. Sprowadzało się głównie do tego, czy należy zaliczać tutaj otwieranie kobiecie drzwi, czy może jest to element kultury. Po chwili jednak po stokroć się ucieszyłem! Znaczy to bowiem, że bycie gentlemanem w naszym społeczeństwie sprowadza się do otwierania drzwi… ale już spróbować pomóc zdjąć płaszcz, poczekać przy stoliku, aż kobieta usiądzie, pomóc wzmiankowany płaszcz założyć, pocałować w rękę (i to kobieta winna ją podać, nie na odwrót!) lub choćby nisko się ukłonić, otworzyć drzwi samochodu (także, gdy kierowcą jest dama) – to są ponoć ostatnie podrygi przeszłości, i nie ma się co tym zajmować.

I szczerze – gdybym nie był takim świrem na punkcie nieboszczki Austrii i ogólnie całej la belle epoque, pewnie bym tych prawideł nie znał, jak większość moich zacnych rówieśników. A to dlaczego? Ach tak, przecież drogie panie wcale tych kurtuazyjnych niuansów nie próbują od nas wymagać! Obce jest im już okazywanie szacunku i należnej czci. Pomijam już fakt, że niektóre nie próbują nawet oczekiwać, aż mężczyzna zechce im otworzyć drzwi samochodu (drobny ukłon dla pięknej damy, która w szczególny sposób jest o tym przeze mnie informowana), a czasami próbują wprowadzać u nas niemieckie zwyczaje i płacić (!) za siebie w restauracji czy innym lokalu ze szlaku lokalnej gastronomii.

Z kolei my tym bardziej nie jesteśmy święci – nasze wymagania wobec kobiet niezwykle często ograniczają się do tych niezwykle zwierzęcych. W efekcie traktujemy często damy jak – proszę wybaczyć – przedmioty, które spełniać mają tylko i wyłącznie nasze zachcianki, nie zawsze erotyczne. Dość często miewamy temperament mocno odurzonego huzara, tyle tylko, że nie mamy ani grama z jego klasy i wdzięku, a swoim zachowaniem przyczyniamy się jedynie do pogłębienia opinii pod tytułem “chłop to jest zawsze chłop”. Co gorsza, często nie mamy wcale w tej kwestii wstydu – nie umiemy nawet wysilić się, by ukryć swoje zamiary. Nie mówię, że konieczne jest życie w tak zwanej “czystości” (bardzo nie lubię tego kościelnego określenia – o ile mi wiadomo, nie ma nic “brudnego” w akcie miłosnym – chyba, że księża mają inne doświadczenia), ale – na litość Boską – wypadałoby się czasem postarać.

Zaraz mi ktoś wyskoczy z argumentem, że jestem zaściankowy i chciałbym powrotu do sytuacji, gdzie kobieta siedziała ciągle w domu i zajmowała się dziećmi. A spróbujcie tylko, to zaraz odpowiem, że chyba nie czytaliście wstępu. Himmellaudon, przecież mówiłem, że popieram równouprawnienie – kobiety mogą głosować, startować w wyborach, pracować w “męskich” branżach (w których się świetnie sprawdzają!), a mężczyźni – jak się okazuje – nie obniżają swojej rangi sprzątając, wynosząc śmieci, gotując czy myjąc naczynia. Cały czas jednak brakuje nam tego, co w równouprawnieniu winno być najistotniejsze – czyli właśnie stworzenia równych szans i możliwości. Uzupełniamy sobie to zniszczeniem kultury stuprocentowych kobiet i mężczyzn.

Pewnie mnóstwo osób mi zaraz wytknie, że żyję w świecie XIX-wiecznej iluzji, ze swatkami i koszmarnymi, zakrywającymi wszystko strojami. Moi drodzy – po stokroć zapewniam! – nie wiecie, jak bardzo się mylicie! Przełom wieków to czas największej chyba rewolucji seksualnej, jaką znał świat. Państwa były ogromne, upowszechniły się podróże i nic nikomu nie przeszkadzało mieć mnóstwo kochanek. A jak go nudziły Europejki, nietrudno było jechać na inny kontynent. Tylko w Polsce zamiast zajmować się ciekawszymi rzeczami, cały czas byliśmy “narodowo-katolickimi” smutasami i stąd do dziś panuje nad Wisłą przekonanie, że owe czasy były okropne pod tym względem.

Problem w tym, że wówczas ludzie – nawet, jeżeli mocno “popularyzowali” swoje ciało jako obiekt użyteczności publicznej – robili to nieco ładniej, zachowując w pełni swoją kobiecość czy męskość. Dziś kobiety stają się bardziej męskie – rzeczowe, niedelikatne, wulgarne. Mężczyźni natomiast stają się coraz mniej męscy – nie potrafią załatwić własnych spraw, uciekają od problemów, są niezdecydowani. O ile jednak my jesteśmy w daleko gorszym położeniu, to damy jednak – tak naprawdę – jeszcze gdzieś w głębi mają tę klasę, ten wdzięk, umieją być dystyngowane, tyle tylko, że nam wygodniej jest tego nie dostrzegać.

A ja po tym, co napisałem, mam okropne wrażenie, że jednak chyba nigdy nie wyleczę się z tej dziwnej choroby, że chciałbym kiedyś móc nazwać jakąś uroczą damę bez ogródek “Jej Cesarską i Królewską Mością” i móc powtórzyć słynne słowa, że “cesarzowa nie siada, tylko majestatycznie zajmuje miejsce; nie wstaje, tylko się podnosi; nie chodzi, tylko kroczy z godnością” i zawsze móc dokończyć je stwierdzeniem, że “jej pojawienie się wprawiło mnie w niemy zachwyt”. Czując się swobodnie (to istotne i bardzo rzadkie w dzisiejszych czasach!), luźno, nieskrępowanie, miło i przyjemnie możnaby wtedy pokusić się o powtórzenie słów perskiego szacha: “To najbardziej czarująca ze wszystkich znanych mi kobiet. Co za godność! Co za śmiech! Co za dobroć!”, rozmawiając o wszystkim i o niczym, jak zawsze inteligentnie, ale i lekko żartobliwie ze stuprocentową kobietą.

Na koniec przychodzi taka refleksja, że chyba naprawdę jestem staroświecki i słusznie zwano mnie “Dziadkiem”. Ale i tak się nie zmienię, dopóki nie zacznę obrastać kurzem. Chociaż, mieć taką małą, zakurzoną biblioteczkę…