Tymi słowami przed laty opisywał siebie Władysław Broniewski, ulubieniec władzy ludowej i jej, jak sądzę, piewca. W przeciwieństwie do kato-narodowych pajaców, nie oceniam go przez ten pryzmat – a wręcz odwrotnie, uważam że tymi trzema słowami dał nam wspaniałe pole do diagnozy nas samych jako narodu – z wieloma wspaniałymi kartami w historii, ale i kreującego rzesze ludzi obłudnych, zazdrosnych i pieniackich.
Moja myśl dojrzewała dość szybko. Pomyślałem sobie wczoraj, jadąc do Krakowa, jaki ten kraj jest koszmarnie brzydki – i nie chodzi już o krajobrazy, widoki i inne landszafciki, a o kompletny brak estetyki choćby w prostej harmonii czy względnym porządku. Przypomina mi się od razu Polska Kronika Filmowa, traktująca o polskiej estetyce codziennej, na której credo składa się wyrażenie „byle do zimy, śnieg wszystko przykryje”. Nie, w Polsce jeden sąsiad musi wywalić większy dom od drugiego – nie dlatego, że mieszka tyle osób, że dom jest przewidziany na dwie, trzy rodziny (co jest – przy koszmarnych cenach gruntów – zrozumiałe), ale tylko po to, żeby było więcej, szerzej, wyżej! A że dom stoi bez elewacji, to już nieważne.
A już najbardziej podoba mi się polska estetyka wiejsko-okazjonalna. Uwielbiam oglądać wszelkiej maści procesje, wesela i inne ludowo-religijne obrzędy. Dawniej (i szczątkowo do dziś) były jakieś ludowe stroje, które tworzyły fajny obrazek i stanowiły o folklorze. Nie wszędzie, ale jednak. Dziś nie, każdy musi się ubrać w niewygodny garnitur, oczywiście zapiąć go na wszystkie guziki. I idą te tabuny po tej drodze gruntowej, kurząc swoje „odświętne” stroje, że już nikt nie wie, czy to jeszcze buty, czy to kamienie. No, znam i takiego, który potrafi do garnituru ubrać buty godne górskiej wspinaczki (pozdro!). Albo stoją obok rozklekotanych budynków, które kompletnie nie współgrają z ich strojem – zresztą, chyba z niczym. Ale tak „trzeba”, bo tak jest „poważnie”. Swoją droga, polecam film „Wesele”.
W ogóle, skoro o burackiej estetyce mowa, to bardzo podoba mi się polska moda urzędnicza. Zdarzyło mi się pracować kiedyś w moim pięknym Rzeszowie jako instruktor w miejscu, gdzie między innymi odbywały się imprezy okolicznościowe. Taką właśnie imprezę chciał zamówić urząd miasta i przychodzą jegomoście w garniturach (oczywiście zapiętych na wszystkie guziki) z jakże poważnymi minami, by dokonać transakcji. Ludzie naokoło jeżdżą na rowerach, trike’ach, rolkach, hulajnogach, duża część normalnie ubrana (oczywiście zawsze znajdzie się masa buraków z niewiarygodnie drogim i profesjonalnym sprzętem, o którym nie mają pojęcia, ale fajnie i lansiarsko wygląda), jest trzydzieści stopni w cieniu, a ci w garniturach! Bo „powaga urzędu”! Powagi urzędu dla nich wcale nie narusza to, że wydają bzdurne przepisy, ale to już inna rzecz…
Skoro o garniturach mowa i jesteśmy w okolicach rocznicy pewnej słynnej katastrofy, to powiem Wam szczerze, co na ten temat sądzę. A myślę sobie tak, że po prostu wszyscy niemal ludzie są w tym cholernie zagubieni. Ci wierzący w teorię spiskową będą się trzymać co chwilę nowej, a ich oponenci za motto przyjęli sobie nie zgadzanie się z nimi. Wszystko wynika z tego, że w Polsce nie możesz powiedzieć „nie wiem, co o tym myśleć”. Nie, u nas musisz się odezwać, najlepiej jak nic nie wiesz na dany temat, zawsze agresywnie, krzycząc i pouczając innych. Tylko po to, by utwierdzić się w przekonaniu, że mały, zakompleksiony Polaczek został zaspokojony.
Na tych drugich się w ogóle nie skupiam, natomiast fascynują mnie ci pierwsi, którzy ulegają takiej dziwnej u nas presji namaszczenia słowa „Polska” we wszystkich jego odmianach. Aż mi się przypomina arcygłupi film „Poranek kojota” i genialny tekst jednej z postaci, senatora Polaka: „Kiedy mówię „Polska”, mam przed oczami pszeniczny kłos wyrosły na tej ziemi, znajome boćki, co przycupnęły na przyjaznej mazurskiej chacie, widzę bursztynowy świerzop tańczący wśród fal burzanów…” Dla mnie taki facet nadaje się do leczenia, a w naszym kraju tacy ludzie są wśród tych tak zwanych elit. W ogóle uwielbiam, jak mówi się „honor polskiego żołnierza”, „honor polskiego munduru”. Mundur poszarpany, żołnierz pijany, ale honor musi być, bo mały Polaczek wewnątrz każdego z nas musi się nasycić.
To samo było z katastrofą – mam wrażenie, że tak ciężko nam przyjąć możliwość błędu naszych pilotów (abstrahując, czy on zaistniał, czy nie) nie dlatego, że jesteśmy przekonani o ich świetności, ale dlatego, że znowu ktoś „kala honor polskiego lotnika”! To, że nasza „kultura awiacji” niewiele różni się od rosyjskiej, czyli równie dziadowskiej, jest nieistotne. Bo przecież chodzi o „honor polskiej armii”! Możecie mnie zabić, ale całe to żałobnictwo (bo nie żałoba) posmoleńskie do oceny naszego narodu dodaje mi tylko taki obraz: pijany Polak z obrazkiem papieża (oczywiście Jana Pawła II, bo ten obecny to hitlerowiec przecież) w jednej ręce i krzyżem w drugiej, tapla się w błocie zmieszanym z krwią ofiar, potykając się o szczątki samolotu i krzyczy na wszystkich, którzy w ogóle mają pecha znaleźć się na jego drodze. Czuje się niezrozumiany, bo nie chce być zrozumiany – nie o to mu chodzi, chodzi mu tylko o to, żeby świat znowu zobaczył, jak wielka dzieje mu się krzywda.
O, właśnie, krzywda. W ogóle mam wrażenie, że wszyscy Polacy mają wiecznie poczucie bycia przez kogoś skrzywdzonym. Wciąż musimy wszystko usprawiedliwiać, tłumaczyć. Spodobał mi się ostatnio tekst Mariusza Szczygła w najnowszych „Książkach”, w którym opisuje przeżycie z oprowadzania czeskich przyjaciół po Warszawie. Zaczyna mówić i kiedy ukazuje się im jakiś wyjątkowo brzydki widok, zaczyna tłumaczyć, że Warszawa była zniszczona w czasie wojny i takie tam. Zreflektował się i pomyślał, że przecież to było prawie 70 lat temu! To nie Niemcy są winni temu, że jakieś miejsce tam źle wygląda, to nie Rosjanie – to sami Polacy swoim dziadostwem i niechlujstwem.
Zdarzyło mi się uczestniczyć w paru dyskusjach dotyczących niemieckiej winy za ostatnią wojnę. Zawsze pojawiał się jakiś kretyn, mówiący że „Niemców należy zniszczyć, bo to samo zło”. Kolejny zawistny Polaczek, który doskonale wie, że oprócz okropieństw nazizmu, Niemcy dały światu o wiele więcej niż Polska – więcej dzieł kultury, więcej osiągnięć nauki. Ba! Rosja (której nie lubię przecież) dała światu więcej niż Polska. Nie znaczy to, że mamy się przed nimi kajać, ale póki co wygląda to tak, że mały Polaczek patrzy na Niemca krzywo zawistnym wzrokiem i coś pod nosem mamrocze, bo wie, że nie ma się co porównywać. I nie chodzi mu o to, żeby jemu było lepiej – żeby jego kraj się rozwijał, żeby się bogacił. Chodzi mu tylko o to, żeby Niemcowi było gorzej. To takie tradycyjne podejście polskie do stosunków dobrosąsiedzkich. Chyba jednak Żyrinowski miał rację, twierdząc: „Anglia ma futbol i królową, Niemcy – Mercedesa, Ameryka – dolara, a Polska nie ma nic, dlatego jest zakompleksiona.”
W tej kwestii z kolei przypomina mi się zawsze „Dzień świra” i „Modlitwa Polaka” w nim zawarta:
Gdy wieczorne zgasną zorze,
zanim głowę do snu złożę,
modlitwę moją zanoszę,
Bogu Ojcu i Synowi.
Dopierdolcie sąsiadowi!
Dla siebie o nic nie wnoszę,
tylko mu dosrajcie, proszę!
Kto ja jestem?
Polak mały! Mały, zawistny i podły!
Jaki znak mój? Krwawe gały!
Oto wznoszę swoje modły do Boga, Maryi i Syna!
Zniszczcie tego skurwysyna!
Mojego rodaka, sąsiada, tego wroga, tego gada!
Żeby mu okradli garaż,
żeby go zdradzała stara,
żeby mu spalili sklep,
żeby dostał cegłą w łeb,
żeby mu się córka z czarnym
i w ogóle, żeby miał marnie!
Żeby miał AIDS-a i raka,
oto modlitwa Polaka!
Zresztą, w ogóle lubię polską religijność. Nie chodzi już o „ludowość” tych obrzędów – to zawsze było i będzie, ja raczej oceniam to pozytywnie. Chodzi raczej o naszą obłudę, że jak już chodzimy do kościoła, to czujemy się usprawiedliwieni. Przypomina mi się z kolei sytuacja z walki o dolinę Rospudy, kiedy jakiś pan „wierzący” podchodzi do pani ekolog z krzyżem, rzuca jej go prawie w twarz ze słowami „I co, kurwo, krzyża nie weźmiesz?!” No, taki pewnie pierwszy do ołtarza! Facet na pewno tam siedzi w pierwszych ławach i aż kark mu wygina, żeby zobaczyć, czy Malinowski spod trójki przyszedł, jak przyszedł, czy się nie spóźnił, czy dobrze ubrany i takie tam.
Fajne jest też, jak starsi ludzie zwłaszcza podchodzą do księży prawie w taki sposób, jakby to był ich pan i władca. Znam taką sytuację, gdy starsza pani w pociągu siedzi z radiem (kontynuatorka tradycji noszenia boomboxów?) i włącza przy księdzu Radio Maryja, pewnie by go zadowolić. A ten ksiądz nie tylko nie dostaje orgazmu, ale jeszcze pierwszy na nią nawrzeszczał, że nie każdy ma ochotę tego słuchać, co spotkało się z ogromnym aplauzem. Zresztą pamiętam, że kiedy jako dziecko leżałem w szpitalu, starsze panie przychodzące do wnuków z tym radiem to była zmora.
Tak samo cudowne jest, jak społeczności wiejskie w Polsce bronią swojego księdza. Mimo, że jest nie tyle oskarżony, ale już uznany za winnego molestowania, ludzie będą stać pod kościołem i krzyczeć, że ofiara księdza to na pewno dama lekkich obyczajów, taka i owaka. Bo to przecież „ich ksiądz”, „on by nie mógł”. To, że ona ma zrytą psychikę do końca życia, już nikogo nie obchodzi, bo przecież „to tak nie wypada”, żeby mówić o tym wszystkim na zewnątrz. Najlepiej się zamiata pod dywan. Ciekaw jestem, czy jeżeli będzie się oddawać te 0,3% na Kościół, to ile procent ludzi się na to zdecyduje.
Bardzo mi się też podoba, jak ci wszyscy świętojebliwi Polacy-katolicy wypowiadają się na temat kwestii praktycznych i tych, które mogłyby dotyczyć nas wszystkich, gdyby kto inny o tym mówił. Miałem nieprzyjemność słuchać w radiowej Trójce dyskusji na temat „wymierania” Polaków i macierzyństwa. W dalszym ciągu mam wrażenie, że gdzieś w nas dominuje kretyński obraz „matki-Polki”, która jest generalnie człowiekiem renesansu i ma być do tego jeszcze uśmiechnięta. Bo przecież życie poczęte jest takie „błogosławione”, takie „cudowne”, że aż wznosi tam, gdzie samolot rządowy dwa lata temu spadał (bo symbolika musi być). To, że wychowanie dzieci rozbija się o kretyńskie programy szkolne (szczęśliwie już poprawiane), cholernie drogie zabawki i ubrania dziecięce, że ludzie pracujący na kilku etatach nie mogą zarabiać na tyle, żeby zainwestować w siebie, a co dopiero mówić o drugim człowieku – to nikogo nie interesuje. Jakiś arcykretyn powiedział, że „co mają powiedzieć ludzie urodzeni w czasie wojny, którzy tez nie mieli warunków”. Fajnie, tylko wtedy o wiele częściej zdarzały się gwałty, o których się nie mówiło, także w małżeństwach. Ale wiadomo, w Polsce jest tylko matka-Polka, która radzi sobie ze wszystkim.
Bardzo mi się też podoba ta świętojebliwość okołopapieska i całe to pokolenie JP II. Pewnie prawie nikt z nas nie ma pojęcia, o co temu facetowi w ogóle chodziło, ale szkołę w Wygwizdowie trzeba koniecznie nazwać jego imieniem. Co ja mówię, Jego imieniem, bo przecież wielka litera musi być – chociaż nie wynika z szacunku do osoby, a z braku znajomości zasad polszczyzny. Najlepiej Szkoła Podstawowa im. Najsantosubitniejszego Świętego Papieża Polaka Jana Pawła Drugiego Inaczej Karola Wojtyły w Wygwizdowie. Wtedy będzie super. I jeszcze parę ulic tak nazwać, a do tego pomników. A zwieńczeniem tego będzie pomnik papieskiej kremówki wielkości Chrystusa w Świebodzinie. I jeszcze Chrystus Królem Polski! Bo urzędowa uchwała więcej jest warta niż to, co ludzie sami czują! Więcej, mocniej, wyżej!
Tak samo drażnią mnie polskie świętości i tematy tabu. Oczywiście przede wszystkim nic nie powinno obrażać „uczuć religijnych”. W Krakowie swego czasu zrobiono wystawę nieco bardziej „nieprawomyślną”, a przed nią paru pajaców protestowało z transparentami odnoszącymi się do zupełnie innego autora niż ten, którego prace wystawiano. Tak samo nie możesz powiedzieć, że nie lubisz dzieci – w tej kwestii polecam analizę sporów dookoła słów Marii Czubaszek na ten temat (nie na temat jej aborcji, ale właśnie nielubienia dzieci). Ja też nie lubię dzieci, gnomy cholerne latają tylko i przeszkadzają. I co z tego? Jak kiedyś polubię, to może będę miał swoje. Teraz nie mam, to nie muszę. Po 10 kwietnia też nie można było powiedzieć złego słowa na byłego prezydenta i inne ofiary. Jezu, jaka różnica czy kogoś się uważa za miernego przed czy po śmierci? Co, nagle wśród naszej polskiej nekrofilii kocha się kogoś, kto umrze?
Albo się udaje, że się kocha, a w gruncie rzeczy „tak wypada”. Ja tam bym wolał, żeby na moim pogrzebie ludzie się dobrze bawili, niech będzie kolorowo, radośnie, niech sobie zaśpiewają co chcą, najlepiej przy dobrym alkoholu. Ba, niech im ustawią spluwaczkę, żeby mogli sobie splunąć na mnie choćby w ten sposób, jeżeli mają ochotę. Ale nie w Polsce, tutaj musi być powaga i zatroskane miny, mimo że wszyscy się cieszą, że gościa już nie ma, bo na przykład opowiadał same nudne dowcipy.
Oczywiście kolejną świętością jest rodzina! Koniecznie cała! Jak facet bije kobietę, a do tego przepija połowę pensji, to wystarczy, że pójdzie do kościoła parę razy, a już wszyscy go rozgrzeszą, bo na zewnątrz tacy ułożeni. Ale jak ta kobieta od niego ucieknie, to ją wyzywają od najgorszych, bo „jak tak mogła zostawić rodzinę”. Jak się komuś w Polsce obrazi kogoś z rodziny, choćby i najbardziej nielubianego, to stryczek publiczny gotowy. Mnie się to kojarzy tylko z „Ojcem Chrzestnym”.
Choć lubię ten naród (mimo, że ja przecież w spisie powszechnym jestem Austriakiem!) i jestem z niego dumny, to jednak czasami mam taki smutny jego obraz, który świetnie oddaje tekst Kabaretu Starszych Panów: „My, pełni wiary, choć łeb nam ciąży, ciąży jak ołów, że żadna siła nas nie pogrąży… orłów, sokołów!” Smutne to, ale nadal prawdziwe, a pewnie sam nie jestem lepszy od wielu innych i zdaję sobie z tego sprawę. Ale próbować się poprawiać trzeba.